I dreamed a dream…

LOVE LUST FAITH + DREAM

Pozwoliłam sobie użyć do dzisiejszych tytułów nazw bardzo znanych 🙂 

Pierwsza wiąże się ściśle z moim zamiłowaniem do teatru i musicali i jeżeli chcecie ją poznać bliżej polecam zacząć od filmu Toma Hoopera „Nędznicy” gdzie tą właśnie piosenkę ( I dreamed a dream ) wykonuje Anne Hathaway. I chociaż mój dream nie jest taki tragiczny nawet w ułamku ( w ogóle nie jest) to sama nazwa i tak pasuje idealnie. 

Druga jest tytułem najnowszego albumu 30 Seconds To Mars, jednego z zespołów, które bardzo lubię i wyrażająca emocje związane z tym drimem 🙂 

Może troszkę zakręciłam, ale już wyjaśniam!!

Zobaczyłam dzisiaj słońce, wyszłam na balkon, przeleciała koło mnie jaskółka, powiał ciepły wietrzyk, poszłam na spacer z psem, było mi cieplutko!! Przejażdżka za miasto załatwiła sprawę… Pomyślałam: kurcze lato! Wakacje! Co by tu z tym fantem zrobić?! Wiecie jak to jest kiedy człowiek o czymś marzy i nagle to dostaje? Znacie to śmieszne uczucie „i co teraz?”. No i tak sobie zaczęłam myśleć i myśleć. W zeszłym roku przez remont w domu wakacje spędziliśmy w mieście… W tym roku to jeszcze jedna wielka niewiadoma, bo nie mamy konkretnych planów i nie wiadomo gdzie i kiedy ostatecznie wylądujemy. I tak od myśli do myśli zaczęłam się zastanawiać kiedy ostatnio byłam na takich prawdziwych wakacjach… Nie trudno było sobie przypomnieć…

Przełom sierpnia i września 2011 rok. 
Kierunek: miasto Corralejo, wyspa Fuerteventura, archipelag Kanaryjski, kraj Hiszpania.

No ja Wam mówię… Co to były za wakacje!!! Najpiękniejsze miejsce jakie w życiu widziałam… Było tam absolutnie wszystko czego można oczekiwać po tropikalnych wakacjach. Przede wszystkim było słońce. Od rana do wieczora słońce! Były gigantyczne plaże, które wyglądały jak mini pustynie, był przepyszny alkohol i jedzenie, mili i weseli „tubylcy”, ulice tak czyste, że można było całe miasto przejść na boso, imponujące kratery wulkaniczne, całe morza zastygłej lawy odcinające się od idealnego błękitu oceanu, palmy fantastycznie szeleszczące na wietrze, przepiękna architektura utrzymująca się w bieli i ciepłych odcieniach piaskowych… Coś zupełnie abstrakcyjnego dla Polaka czyli idealne, równiutkie drogi asfaltowe bez ani jednej dziurki 😀 No było wszystko!

Zresztą…
Same zobaczcie…


 
Zapierające dech w piersiach pola lawowe, stożki wulkaniczne i kratery były usiane po całej wyspie.
I zdjęcie z którego jestem szczególnie dumna 😀 Nie wiem co to było za ptaszysko, ale było sporawe…
 
 
Wzięło mnie na straszna nostalgię, bo znowu chciałabym zobaczyć to słońce, poczuć ten piasek i tą krystalicznie czystą, orzeźwiającą wodę, napić się przepysznej oryginalnej Sangrii, skosztować melona, który u nas nigdy nie będzie tak smakował, porozmawiać z Kanaryjczykami, którzy chyba nigdy nie przestają się uśmiechać…  Mogłabym tak wymieniać aż by mnie z bloggera wyrzucili 😀
 
Do czego zmierzam… 
 
Warto dziewczyny… Warto gonić za marzeniem, choćby się zdawało zupełnie nierealne, bo jego spełnienie może naładować akumulatory na długie, długie miesiące i stać się niezapomnianym przeżyciem… Teraz spełniamy marzenie mojego męża i jedziemy do Łodzi na Iron Maiden, a później… może Santorini (tak, tak, tak!!!), może Bułgaria, Włochy, a może wyskoczymy do Zakopanego 😀 Na mojej liście rzeczy, które muszę zobaczyć i odwiedzić jest z milion miejsc, zjawisk i obiektów. Ale zdradzę Wam sekret… Jak mi się kiedyś uda odwiedzić Nowy Jork, to już mnie stamtąd nie wyciągniecie 😉
N.
 
:*