Achaja – tom 1

Bohaterka jest młodą księżniczką, która wskutek dworskich intryg, zawiści i chciwości bliskich jej osób szybko zostaje odsunięta z kolejki do tronu i to w dość brutalny sposób.
Dziewczyna błyskawicznie poznaje smak życia zwykłego człowieka w pełnym okrucieństwa świecie. Los zsyła ją do armii, następnie do niewoli, gdzie uczy się sztuki przetrwania. Przestaje już być grzeczną księżniczką. Rozumie, że aby coś od życia otrzymać trzeba również coś poświęcić.

Powieść zapisana jest trzema, równolegle toczącymi się wątkami.

Bystra i inteligentna Achaja jest dziedziczką tronu. Jej ojciec, jeden z siedmiu Wielkich Książąt królestwa Troy, nie jest tym jednak zachwycony, ponieważ jako kobieta ma o wiele bardziej ograniczone przywileje. Archentar uważa to za upokarzające i choć kocha, a nawet w pewnym stopniu podziwia córkę, ważniejsza jest dla niego duma. Jego druga żona Asjia (młodsza od córki), która urodziła Wielkiemu Księciu syna,  ma zupełnie inne plany względem Achai. Słuchając podszeptów swoich doradców gotuje dziewczynie los odmienny od tego, który został jej przeznaczony. Co więcej, zręczną manipulacją osiąga swój cel, a skutki są nieprzewidywalne.
Archentar niczym mitologiczny Achilles jest w stanie zrobić wszystko, żeby jego imię było zapamiętane. W przeciwieństwie jednak do Achillesa nie poświęca niczego poza własną córką.
Achaja, trafia do armii szkoleniowej, gdzie bestialskie warunki stają się dla niej codziennością. Inteligencja i chart ducha nie pozwalają jej zginąć, co więcej twardy charakter i nieustępliwość wyrabiają pozycję. Zdobywa sprzymierzeńców, wzbudza sympatię dziesiętnika. Niestety wszystko ma się na nic, ponieważ Asjia nie traci czujności. Oddział Achai zostaje wysłany na bitwę, w której nie ma najmniejszych szans. Księżniczka trafia do niewoli i szybko pojmuje, że bestialskie warunki, jakie dawała armia wcale nie były takie złe. W nowym położeniu jej szanse na przeżycie sięgają niemal zeru.

Sztuka polityki polega na wsadzaniu palca między framugę i drzwi. Problem tylko w tym, żeby te drzwi, w danym momencie, były szeroko otwarte! I nie zamykały się za szybko.

Drugim wątkiem powieści jest przymierze zawarte pomiędzy skrybą Zaanem, a byłym galernikiem. Kojarzycie bajkę Pinky i Mózg? Wyobraźcie sobie sytuację, w której w końcu im się udaje. To bardziej przygodowy wątek, pełen intryg i wielkich, niemożliwych planów.

Trzecim wątkiem jest podróż Mereditha. Czarodziej dostaje misję od samego boga, której nie może się przeciwstawić mimo iż wie, że nie ma najmniejszych szans. Misję niemożliwą do wypełnienia, samobójczą. Nim na nią wyruszy odbywa nieprawdopodobną rozmowę z tajemniczym Wirusem, która mocno podburza jego wiarę i światopogląd. Jako osoba inteligentna nie może ignorować słów istoty bez ciała.

Szczerze powiedziawszy przez większą część książki zastanawiałam się o co tu tak właściwie chodzi. Wiem, że trójksiąg jest jedną ciągłą historią podzieloną na trzy tomy, wiem, że ten pierwszy przedstawia trzy ścieżki, które powoli schodzą się ku sobie, rozumiem zamysł autora, który tak dużo pracy włożył w rozwój bohaterów. Ale niestety nie oznacza to, że mi się taki zabieg podobał.
Przede wszystkim kiepski warsztat. Nie rozumiem dlaczego, bo nie jest to bynajmniej pierwsza powieść autora, który tworzy od roku 1987. Dużo powtórzeń wynikających z ubogiej ilości synonimów potwornie zawęża „oglądany” obraz. Drażniące uwypuklanie niektórych wyrazów przez powielanie samogłosek (np. nieee!) wyglądało strasznie dziecinnie i kompletnie nie pomagało wczuć się w tragizm sytuacji. Masa wykrzykników i wielokropków sprawia histeryczne wrażenie. Skupianie się autora na zupełnie nieistotnych sprawach było żmudne i męczące. Chodzi mi tu o nadmiernie rozwinięty wątek Zaana i Siriusa. Fajnie było zobaczyć przykład ich przebiegłej inteligencji, ale jeden, góra dwa by wystarczyły. Podczas kiedy autor rozpędził się tak bardzo, że można by spisać osobną książkę o tym jak to doszli do miejsca docelowego. Nie muszę chyba dodawać, że te perypetie irytująco odciągały od wątku głównego, prawda?
Zupełnie osobnym podpunktem mojej wypowiedzi jest stosunek do kobiet. Chyba jakaś musiała szczególnie podpaść panu Ziemiańskiemu… Ujmując to jak najogólniej – pogarda. Z każdej strony przebijała pogarda nad istotami płci żeńskiej. Esencją każdej interakcji mężczyzna-kobieta, kobieta-kobieta było upodlenie płci. Okaleczanie stref intymnych, dosyć obrzydliwe sceny seksu, gwałty, poniżania. Bardzo starałam się ulokować to w miejscu i sytuacji. I rozumiem, że kobieta wśród skrajnie dzikich mężczyzn nie ma zbyt wiele szans na szacunek, ale sytuacje wychodziły w strefy wyższe i najwyższe.
No i ostatecznie nie podobało mi się, że główna bohaterka jest tylko jednym z wątków i nie wzbudza żadnej sympatii.

Zawsze pamiętaj o jednym, mała… Walczysz dla siebie, zabijasz dla siebie… Szybko i sprawnie. Nie walczysz po to, żeby wszyscy widzieli, jaka jesteś dobra, żeby cię podziwiali.

Najbardziej fantastycznym elementem książki jest trening Achai, której nie imały się zasady fizyki. Biegała po pionowych ścianach ze związanymi nogami, przeskakiwała nacierających na nią napastników, żeby nie pozwolić się otoczyć, dźwigała ciężary, których nie podniósłby żaden człowiek i wiele innych sytuacji tworzących z niej nadczłowieka.
Mimo to podoba mi się fantasy w wydaniu jakie prezentuje Andrzej Ziemiański. Stworzył on wyimaginowany świat, który rządzi się zupełnie realnymi prawami. Taką głęboką fantastykę broni wątek Mereditha, wokół którego dzieją się rzeczy i toczą rozmowy o skali nadprzyrodzonej i jest to jedyna rzecz, do której nie mogę mieć zastrzeżeń. A nawet życzyłabym sobie w kolejnych częściach więcej czarodzieja. Poza nim nie ma żadnej magii i mistycznych tajemnic. Jest królestwo podzielone na siedem księstw. Jedne są w sojuszu, inne toczą ze sobą cykliczne wojny. Poznajemy życie pałacowe, wojskowe i niewolnicze. W zależności od miejsca mamy stopniowanie obyczajności. Na pałacach piękne szaty i elegancka wymowa. Im dalej od pałacu tym zagrzebujemy się w większy rynsztok. I to jest fajne, to daje poczucie realizmu, który w powieściach fantasy pięknie skutkuje.

Czy polecę Wam „Achaję”? Nie. Z prostej przyczyny, że sama sięgnę po części kolejne tylko przez głupią wpadkę sprzed roku. Przeczytałam „Pomnik cesarzowej Achai”, który bardzo mi się spodobał… Stąd wiem, że warto. „Achai” tak naprawdę nie da się jednoznacznie ocenić. Są chwile bardzo dobre, są beznadziejne. Na pewno wyrzuciłabym z niej całe góry niepotrzebnego tekstu, być może jakiś uprzedzeń osobistych autora. Spore poczucie humoru pomaga przejść przez wszystko bez większego problemu, ale chyba nie o to chodzi…
Moja ocena: 5/10

– Masz się modlić i dziękować za poratowanie od zarazy.
– No przecież, psiamać to ty powstrzymałeś zarazę.
– Nie ma sprawy. Możesz paść na mordę przede mną.


Zobacz też: cykl: Pomnik cesarzowej Achai

  • ja raczej się na nią nie skuszę, bo czytam teraz zupełnie inne książki 🙂

  • Zawsze (znaczy w czasach liceum i studiów) chciałam przeczytać, ale zupełnie zapomniałam o tej serii 😀

    • Cała przyjemność po mojej stronie, że mogłam Ci przypomnieć 🙂

  • Zachęciłaś mnie, chyba spróbuję:)

    • A to mój olbrzymi sukces, bo cała recenzja raczej do niej zniechęca 🙂

  • Szkoda, że książka nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, zawsze to niemiłe rozczarowanie.
    Bookendorfina

    • Ale nie poddaję tematu 🙂 Zobaczymy co będzie dalej.