achilles w pułapce przeznaczenia
achilles w pułapce przeznaczenia
„Achilles. W pułapce przeznaczenia”

„Achilles. W pułapce przeznaczenia” jest książką, która powstała przed osławioną „Kirke„. Jest również najwyżej ocenianą książką autorki. Niestety… Nie według mnie.

Achilles jest synem pomniejszej, choć pławiącej się w oziębłości i gniewie, boginki Tetydy i wielkiego króla Peleusa, osławionego władcy tesalskiej Ftyi. Już od chwili narodzin wiadomym było, że będzie największym greckim wojownikiem. Najpiękniejszy i najsilniejszy od dziecka nie miał sobie równych.
Patroklos jest mizerny i pozbawiony pewności siebie. Wygnany z rodzinnego pałacu za morderstwo, które przypadkowo popełnił w akcie samoobrony, trafia do Ftyi. Jako wygnaniec zostaje potraktowany na równi z chłopcami szkolonymi do armii. Do chwili, w której dostrzega go sam książę Achilles.

Wiążą się ze sobą już jako młodzi chłopcy. Najpierw jako towarzysze, najlepsi przyjaciele aż w końcu kochankowie. Połączy ich coś, czego nie jest w stanie rozerwać gniew bogów, ani sama śmierć.

Aristos Achaion, znakomity, doskonały Achajczyk. Achilles, książę Ftyi.
Zanim osławił swoje imię na wojnie o Helenę Trojańską, długie lata spędził na szkoleniu umiejętności. I nie była to walka. Walka bowiem była czymś, czego nikt nie musiał mu pokazywać. On po prostu urodził się jako wojownik i wszelkie sztuki wojenne były jego naturalnymi umiejętnościami. Patroklos, który jest narratorem powieści, opisuje nam sławnego Greka jako chłopca a później mężczyznę. Samotnego, wrażliwego, pewnego siebie i mimo wszystko trochę pogubionego.

Madeline Miller jest niewątpliwą znawczynią Hellady i niezmiennie w sposób doskonały maluje emocje. Naprawdę ma do tego szczególny talent, bo wszystkie opisy w książce są cudownie subtelne i tak sensualne, że nawet przyroda porusza swoim zmysłowym pięknem. Podkreślone są najważniejsze cechy antyku. W zupełnie swobodnie płynącej fabule sztuka walczy o pierwszeństwo z nauką i filozofią. Podkreślony jest kult pięknego ciała, nad czym boleje mizernej budowy Patroklos. Możemy zerknąć na igrzyska, obejrzeć kilka rytuałów, w tym okrutne składanie ludzkich ofiar. Z teorii więc wszystko jest idealne…

Niestety praktyka zatrzasnęła w mojej świadomości tę książkę między przeciętnymi, nad czym naprawdę boleję. Poza cechami antyku powinniśmy poczuć ogrom greckiej mitologii. Przytłaczająca wielkość i próżność bogów, maluczkość wielkich wojowników przed nimi.
Nie ma nic z tych rzeczy.
Bogowie przedstawieni są jako sprzymierzeńcy, całkiem zwyczajnie stojący u boku swoich wyznawców. Oczywiście mieli niemal nieograniczone możliwości, ale nie czuje się ich ogromu i przewrotności w żadnym ze spotkań. Wystarczy przeczytać jak przytłaczająco potężna była Atena przy okazji spotkania z Kirke (która sama była pomniejszą boginką). Jak blask Heliosa ją palił. W przypadku Achillesa bogowie są marionetkami, którym wystarczy zabić baranka, żeby otrzymać ich pomoc. Są bardzo trzecioplanowi, co jest według mnie potężnym błędem.

I nawet idąc już na duże ustępstwo i biorąc pod uwagę, że książka miała przedstawić tego jednego, jedynego herosa, nie bogów, też nie mogę być usatysfakcjonowana. Patroklos jest niezwykle romantycznym narratorem. Bardzo delikatnym i wrażliwym na okrucieństwo. Kocha do szaleństwa Achillesa (choć według mnie dosyć płytko, bo nie dostrzega w nim wiele więcej niż piękne ciało i talent muzyczny) i panicznie boi się chwili, kiedy jego przeznaczenie ma się dopełnić. I właśnie przez takiego narratora przez równe sześćdziesiąt procent książki biegamy po lesie, łowimy ryby, zbieramy zioła, oglądamy zachody słońca i łapiemy piękne chwile. Nie dzieje się nic poza tymi uroczymi momentami, które wiemy, że mają się w końcu skończyć. Przeznaczeniem Achillesa jest zginąć po zabiciu Hektora, potężnego syna trojańskiego króla Priama. I cała jego historia zmierza do tego jednego wydarzenia.

Kiedy Odyseusz podstępem zwabił Achillesa do dołączenia do wojny trojańskiej pomyślałam, że w końcu coś się ruszy. Coś się zacznie dziać. I tutaj spotkało mnie rozczarowanie. Oczami Patroklosa wojna była tylko monotonnym wyjeżdżaniem dzień po dniu, żeby kogoś zabić. Wyrżnąć wioskę, stawić czoło trojańskiej armii. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Nuda. Przetykały to jakieś większe wydarzenia. Choćby pojawienie się Bryzeidy, ale jednak przez większość czasu ziewamy, dumając kiedy będzie już można wrócić do domu.

Według mnie jedynym bohaterem godnym naprawdę dużej uwagi jest Odyseusz. Łączy on historie Achillesa i Kirke i w obu powieściach jest wyjątkowy, a jego postać zwiastuje większe wydarzenia. Bardzo bystry i przebiegły mistrz podstępu i analizy. Marzy mi się, żeby autorka poświęciła kolejną książkę właśnie jemu. To byłaby dopiero epicka historia.

Podsumowując:

Czuję się zawiedziona. Przeczytawszy historię Achillesa nie wiem o nim więcej niż wiedziałam do tej pory. Zaczynając książkę liczyłam na poznanie jego toku myślenia, sposobu rozumowania, etapów przemiany i filozofii życia. Poznałam jedynie przemyślenia i spostrzeżenia Patroklosa, które, jestem o tym przekonana, nie zawsze były trafione, bo nie miał w sobie nawet namiastki duszy wojownika. Nie był w stanie zrozumieć, co czuje człowiek doskonały, wojownik zrodzony do wygrania jednej, szczególnej bitwy.
Mityczny świat tym razem okazał się dosyć ograniczony w swojej przepastności. Zamknął się w obrębie pięknych oczu Achillesa.

Moja ocena: 5/10

„Rozpoznałbym go po dotyku, po samym zapachu; poznałbym go na ślepo po tym, jak oddycha i jak stawia kroki. Poznałbym go w śmierci, na końcu świata”.