„Anhusz”

Mieszkanka niewielkiej ormiańskiej wioski, Anhusz, na przekór społecznym normom, wdaje się w sekretny i niebezpieczny romans z oficerem tureckim – Dżahanem Orfaleą. Kochankowie znajdują się w fatalnym położeniu. Ormianie to nieprzyjaciele Turcji, a przedstawiciel tego narodu bez pamięci kocha kogoś, kto powinien być wrogiem.

Kiedy cztery miesiące temu czytałam „Dziedzictwo Orchana” nie miałam większego pojęcia jaki dział światowej historii poruszam, nie wiedziałam czego się spodziewać i byłam zupełnie bezbronna na okrucieństwo płynące z tekstu. Przy drugiej lekturze opisującej rzeź jaką Turcy zgotowali Ormianom byłam już mądrzejsza. Miałam pełną świadomość jak wyglądał konflikt, orientowałam się w jego przebiegu i finale. I okazało się, że z tą całą świadomością jestem dokładnie tak samo bezbronna jak cztery miesiące temu bez niej.

Już wiele miesięcy wcześniej wszystkich młodych mężczyzn ze wsi ubrano w mundury i zabrano na wojnę, a rodziny nadal opłakiwały ich nieobecność. Jednak ci, którzy przyszli, nie byli stąd, nie byli Ormianami. Ich nadejście było jak uderzenie zimnego wiatru.

Sam początek XX wieku, Muszar, maleńka wioska u wybrzeży Morza Czarnego. Mała społeczność, w której każdy zna każdego. Młoda Anhusz mieszka z matką i babką w jednej ze skromnych chat. Podobnie jak reszta osady utrzymują się z pracy własnych rąk. Spokój i monotonię dnia codziennego zakłóca wkroczenie wojska tureckiego. Żołnierze będą tam stacjonowali przez wiele miesięcy, a na mieszkańców pada blady strach. Od dawna krążą słuchy o okrucieństwie z jakim Turcy traktują Ormian i szybko przyjdzie im się przekonać, że nie są one przesadzone.
Gwałty i grabieże stają się nową codziennością. Przyjaciel Anhusz zostaje pewnego dnia ocalony od bestialskiej śmierci. Wybawia go zupełnie niespodziewana osoba, bo kapitan tureckiej armii. To właśnie wtedy Dżahan Orfalea dostrzega odważną, piękną dziewczynę i zakochuje się w niej bez pamięci. Wkrótce jego fascynacja znajdzie odwzajemnienie, bo choć Anhusz wie, że popełnia grzech śmiertelny wobec swojej społeczności, nie potrafi odeprzeć obezwładniającego ją uczucia.
Walka o miłość będzie najcięższą batalią, jaką zmuszeni będą stoczyć. Pytanie pozostaje jedno. Jak wygrać tę życiową bitwę, skoro cała wojna jest skazana na przegraną?

Lektura pod każdym względem warta uwagi. Już na wstępie uderza w nas realizm miejsca, sytuacji i autentyczność bohaterów. Muszę przyznać, że jak zaczarowana czytałam o Muszar. Liczne opisy przepięknych plaż, spektakularnych klifów i soczystych lasów przeniosły mnie w te piękne okolice. Ani przez chwilę nie miałam dosyć przyrodniczych i architektonicznych wizji, jakie autorka umiejętnie malowała w mojej wyobraźni. Maddeen ma niezwykły talent do malowniczego i realnego obrazowania miejsc i sytuacji. Dlatego też po tych wszystkich zachwytach muszę w końcu napisać o momentach, kiedy odkładałam książkę, żeby otrząsnąć się z szoku, jaki wywoływały na mnie niektóre sceny. Tajemnicze schadzki kochanków mieszają się z brutalnymi gwałtami w szarych i brudnych zaułkach. Wielka oszałamiająca miłość z panicznym strachem. Mogłabym teraz rzucać pojęciami takimi jak bestialstwo czy okrucieństwo. Mogłabym, w odniesieniu do tej książki, pisać o tym bez końca. Nie jestem w stanie przetrawić, jak ludzie mogą pomieścić w sobie tyle złą i nie paść trupem. W trakcie lektury nawet nie próbowałam powstrzymać strasznego smutku i litości jakimi zalewały mnie wydarzenia i losy bohaterów. Niektóre sceny były bardzo podobne do tych czytanych w „Dziedzictwie Orchana”, co może wskazywać na to, że autorki czerpały częściowo z tych samych źródeł.

To bardzo, ale to bardzo wstrząsająca opowieść. Historia miłości Anhusz i Dżahana jest wytworem wyobraźni autorki, ale wydarzenia historyczne i grono postaci występujących w powieści są jak najbardziej autentyczne. Dziennik amerykańskiego doktora (jednego z głównych bohaterów) przedstawia nam czasami sytuacje dużo bardziej wciągające niż wątek główny. Niesamowicie podoba mi się takie oddawanie historii. Ulokowanie jej jako tło dla wielkich uniesień sprawia, że jest bardziej przystępna niż jakiekolwiek podania.

Nie do końca podobało mi się jedynie zakończenie, ale to tylko dlatego, że w tego typu powieści jestem fanką „jechania po krawędzi”. Według mnie właściwy jest albo happy end, albo totalna miazga. Tutaj koniec jest bezpieczny, czyli ani dobry ani zły. Niby cieszy, ale pozostawia niedosyt.

Dużo się mówi o wojnach europejskich. Znamy dziesiątki relacji z niemieckich obozów w Polsce, opowieści z gett i frontów. Niewiele jest jednak wyjaśnień sytuacji Ormian, którzy do tej pory tułają się po świecie pozbawieni ojczyzny. Którzy zostali ofiarami pierwszego ludobójstwa w XX wieku. Około 2 mln. Ormian zostało poprowadzonych na śmierć.
A Dżahan postanowił zaryzykować wszystko, żeby jego ukochana nie podzieliła tego losu.

Moja ocena 7/10

Wiedział, że na zawsze zapamięta Bejrut. To światło, to zimno i tę pustkę. Zniszczone nadzieje i niedolę. Ale także morze, fale i wiatr, szepczący słowa odkupienia.