„Ania z Zielonego Wzgórza”

KSIĄŻKA KTÓRA NAUCZYŁA MNIE CZYTAĆ.

Na Zielonym Wzgórzu rozpoczyna się historia rudowłosej Ani Shirley, która tutaj odnajduje swój prawdziwy dom. Niesforna, impulsywna, a jednocześnie obdarzona niepospolitą fantazją Ania nieustannie popada w przeróżne tarapaty i wciąż obiecuje sobie, że już nigdy więcej… aż do następnego razu.

„Dworek pani Małgorzaty Linde stał w tym właśnie miejscu, gdzie wielki gościniec, prowadzący do Avonlea, opadał w dolinę otoczoną olchami i porosłą paprociami, poprzez którą przerzynał się strumyk mający swe źródło het, daleko w lasach otaczających dwór starego Cuthberta.”

Tymi słowami rozpoczynamy wspaniałą podróż wgłąb marzeń.
Rodzeństwo w podeszłym wieku: Maryla i Mateusz Cuthbert’owie, postanawiają przygarnąć jedenastoletniego chłopca z domu sierot. Ma to głównie podłoże praktyczne, ponieważ dziecko ma pomóc sześćdziesięcioletniemu Mateuszowi w prowadzeniu gospodarstwa. Jakże ogromne jest ich zdziwienie, kiedy zamiast chłopca trafia do nich chuda, piegowata, rudowłosa dziewczynka. Mateusz zakochuje się w dziecku natychmiast, Maryla oschła, nauczona przez życie nie ulegania emocjom, pierwszym odruchem chce je „wymienić” na to właściwe. Przecież nie potrzebują dziewczynki. Dziewczynki strasznie wygadanej, wiecznie bujającej w obłokach, chudej, brzydkiej i nic niepotrafiącej. Co takiego ma w sobie jedenastoletnia gaduła, że po upływie niecałej doby staje się dla pary staruszków całym światem?

?- Czy to nie przyjemnie, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak cieszę życiem… świat jest taki ciekawy… Nie byłby taki ani w połowie, gdybyśmy wszystko o nim wiedzieli, prawda??

Gdybym miała opisać Anię musiałabym użyć wszystkich kolorów tęczy, a i tak brakłoby jakiegoś odcienia. Jest po prostu niesamowita. Jako mała dziewczynka roztrzepana, absolutnie niepoprawna i łaknąca każdego ułamka uwagi. Jej monologi są pełne chaosu i przezabawne. Co chwilę pakuje się w olbrzymie tarapaty sprawiając, że jej opiekunka, twarda i surowa Maryla, niejednokrotnie załamuje ręce. Czy można sobie poradzić z dzieckiem, które ciągle marzy? Które imaginuje sobie Las Duchów i boi się do niego wejść, mimo, że jest on jedyną możliwa drogą? Które cierpi z powodu rudych włosów, więc farbuje je na zielono? Jak sama powtarza nigdy nie popełnia dwa razy tego samego błędu, ale przecież jest tyle nowych! Maryla podejmuje się wychowania jej szykując się na spore komplikacje. Oczywiście ma rację, bo tłumaczyć wychowankę musi często i gęsto, ale nigdy by nie przypuszczała, że tak bardzo pokocha dziewczynkę. Nie będzie sobie potrafiła wyobrazić życia bez niej.

„[…] – W duszy pozostanę zawsze waszą małą Anią, która będzie, z każdym dniem więcej kochała Marylę, Mateusza i drogie Zielone Wzgórze. 
[…] W tej chwili Maryla ofiarowałaby wiele za umiejętność wypowiadania, wzorem Ani, swych uczuć. Lecz natura i przyzwyczajenie zrządziły inaczej; zdobyła się jedynie na to, by objąć ramieniem swą ukochaną wychowankę i przycisnąć ją mocno do serca, życząc sobie, by jej nigdy w życiu nie utraciła.”

Przepiękne są momenty, w których biedna sierota po raz pierwszy w życiu zaznaje bezpieczeństwa, czuje miłość, poznaje smak prawdziwej przyjaźni. Wiele razy byłam urzeczona czytając jej dziękczynne modlitwy za każdy miły drobiazg, jaki jej się przytrafił. Cieszyła się z każdej pochwały, z każdego miłego słowa ku niej skierowanego. Z biegiem lat dojrzewa, mądrzeje, nabywa ogłady. Wkłada mnóstwo pracy w bycie pociechą dla swoich dobroczyńców: Maryli i Mateusza. Okazuje się bardzo mądrą i na wskroś dobrą osobą. Kiedy mądrość idzie w parze z dobrocią, charakterkiem, morzem fantazji i olbrzymim samozaparciem możemy mówić o Ani Shirley.

?A gdyby panu kazali wybierać, jakim chciałby pan być: bosko pięknym, niesamowicie mądrym czy anielsko dobrym??

Nie potrafię wyrazić jak słodka lektura to dla mnie była i to nie tylko ze względu na wspomnienie dzieciństwa. Od pierwszych słów „Dworek pani Małgorzaty Linde…” czułam takie miłe mrowienie, które świadczy o tym, że za chwilkę zostanę porwana, wciągnięta i pożarta przez stronice. Nie zawiodłam się. Wiecie jak wygląda egzemplarz książki, jaki posiadam? Czytałam go tyle razy, wertowałam jeszcze częściej w poszukiwaniu ulubionych fragmentów, że cały się rozpadł. Po odchyleniu okładki można wyjąć każdą kartkę osobno. Po latach nastawiłam się więc na zupełnie inne emocje niż te odczuwane hen, hen, hen temu. A nie były inne 🙂 Z radością odkryłam, że niektóre fragmenty mogę cytować z pamięci, że śmieję się w tych samych momentach (80% książki się śmiałam), że rozdział: „Mateusz rzecznikiem bufiastych rękawów” nadal rozśmiesza mnie najbardziej, a łezka kręci się przy czytaniu dokładnie tych samych dialogów. Z radością dałam się porwać pięknej przyjaźni z Dianą, pokochałam bardzo rozbudowaną postać, jaką jet Maryla i oczywiście cieszyłam się jak dziecko, kiedy Gilbert krzyknął: „Marchewka!” ciągnąc Anię za warkocz. W książce użyty jest tak piękny język, że cały czas nasuwa mi się słowo „opowiedziana”. Historia Ani nie jest napisana, tylko opowiedziana.

„- Ty droga, błogosławiona dziewczynko! – rzekła Maryla nie protestując więcej. – Czuję, że wlałaś we mnie nowe życie.”

Powrót do Ani jest jednym z najfajniejszych założeń na ten rok. Co czuję po przeczytaniu pierwszej części? Odkryłam, że w mojej pamięci i w sercu lata nie wyrządziły żadnej szkody rudowłosej bohaterce. Dorosłam, zmądrzałam, budowało mnie kilka złych i kilka wspaniałych momentów, podejmowałam różne decyzje, ale przez cały ten czas pielęgnowałam dziecko, którym kiedyś byłam i pozostałam przede wszystkim sobą. Ania się nie zmieniła i co chyba cieszy mnie najbardziej, ja nie zatraciłam Ani. Nadal świetnie się rozumiemy, jesteśmy „bratnimi duszami”, bo nadal jest gdzieś tam we mnie jedenastoletnia Monika, która czytała o jej przygodach z wypiekami na policzkach. Wspaniale jest to odkryć. Zwłaszcza, że kilka rzeczy nas łączy. Też potrafię na widok kwitnącej wiśni wymyślić tysiąc historii z nią związanych 🙂
„Ania z Zielonego Wzgórza” to fantastyczna, zabawna, ciepła, mądra, napełniająca optymizmem powieść, która smakuje równie dobrze dla młodych czytelników jak i tych dojrzalszych. Porywa pozwalając zapomnieć o całym świecie i wchłonąć ponadczasowe wartości wypełniające jej kartki. I jeszcze ten niesamowity sentyment do pięknych, dziecięcych lat… Coś wspaniałego!

Moja ocena: 10/10