Ania ze Złotego Brzegu (t.6)

Anna Blythe, matka sześciorga dzieci, żona najlepszego lekarza, jakiego miało Glen St. Mary i pani na zjawiskowym Złotym Brzegu. Czy rozpoznamy w odpowiedzialnej matce i strażniczce domowego ogniska naszą pełną marzeń Anię?

Od zakończenia poprzedniej części mija około siedmiu lat. Od opuszczenia Zielonego Wzgórza aż dziewięć! Książkę rozpoczynamy wizytą Ani w domu starej opiekunki. Przez króciutką chwilę znowu jest Anią z Zielonego Wzgórza. Dowiadujemy się, że urwis Tadzio ożenił się, a jego żona umila czas dwóm staruszkom. Oddychamy z ulgą, że nie zostały zupełnie same, bez wsparcia.
Dowiadujemy się również, że mały synek Diany ma już lat trzynaście i że w starym, kochanym Avonlea nie ma ani jednego przedstawiciela rodu Blythe. Właśnie odbył się pogrzeb ojca Gilberta.

Lucy Montgomery robi dokładnie to samo, co na początku części poprzedniej, kiedy to niezwykle umiejętnie uderzyła w sentymentalizm. Zastanawiam się teraz czy zrobiła to z pełną premedytacją, czy po to, żeby wspomnieniami rozbudzić w samej sobie wenę do dalszego pisania. Nutą przewodnią, która rozbrzmiewała przez pierwsze dwa, czy nawet trzy rozdziały było przemijanie. Czyli, nie wiem jak w Waszym przypadku to wygląda, ale dla mnie jest to największa bomba emocjonalna!
Gilbert musiał wracać do chorego pacjenta w Glen, ale Ania została na kilka dni na Zielonym Wzgórzu. Dlaczego tak mało tam Maryli? Mamy pogawędkę z panią Linde, cudowną przechadzkę do ogrodu Heleny Gray w towarzystwie wiernej Diany. A Maryli ni widu ni słychu…

Rozkoszujmy się tym wypadem przyjaciółek. O ile wspominki z początku części poprzedniej miały nam przypomnieć wydarzenia sprzed wyjazdu Ani do Szumiących Topoli, o tyle tym razem mamy do czynienia z najpiękniejszym powrotem do lat dziecięcych. Dwie stateczne kobiety z gromadką dzieci czekających w domu, snują wspomnienia z czasów, kiedy to same były dzieciakami. O tym jak przyrzekły sobie wieczną przyjaźń, której dotrzymały, o sygnałach świetlnych puszczanych z okien, o poznaniu ciotki Józefiny i całej masie przygód, o których możemy czytać w tomie pierwszym. Przyznam, że już po tym wstępie byłam ugotowana. Panicznie chciałam, żeby nie nastąpił ciąg dalszy, ale w końcu Ania z Dianą wróciły do teraźniejszości. Mówiły o swoich dzieciach, mężach i pięknych domach. O tym, że Ania będąca w siódmej ciąży pozostaje nadal szczupła, podczas, kiedy Diana jest coraz pulchniejsza. O tym jakie są szczęśliwe w miejscach, do których rzucił je los. I miałam je ochotę jednocześnie przytulić i potrząsnąć nimi, bo tak strasznie chciałam zatrzymać czas…

Ania i Diana wolnym krokiem w milczeniu ruszyły do domu. Zbocza wzgórz tonęły w blasku zachodzącego słońca, a oczy przyjaciółek lśniły blaskiem wiernej miłości.

Aż w pewnej chwili Ania pożegnała ten świat jak z bajki. Moment, w którym ostatni raz w całym cyklu odwiedzamy Avonlea minął. Ania wróciła do domu. Bo tak teraz nazywała Glen. I miałam do niej trochę żalu, ale w chwili, kiedy na stacji przywitał ją stęskniony Gilbert, a kilka chwil później oplotło pięć par dziecięcych rączek, zrozumiałam, że właśnie tak powinien wyglądać dom.

Ten tom jest równie cudowny jak okropny.
Najgorzej wypada relacja Ani i Gilberta, którzy praktycznie ze sobą nie rozmawiają. Gilberta w zasadzie w ogóle nie ma z powodu wyjazdów do pacjentów, więc jego wiernym fankom pozostają chwile, kiedy ktoś wspomina, że doktor Blythe powiedział to lub zrobił tamto. Temu tomowi brakuje również silnych osobowości, jakimi w Wymarzonym Domku byli kapitan Jim i Ewa Moore. I o ile wiadomo, że kapitan odszedł na zawsze byłam wściekła na Maud, że wymazała Ewę. Tak bardzo się napracowała nad tym, żeby dotrzeć do jej serca, po czym ją usunęła. Na szczęście pojawia się marszałkowa Elliot (nadal nazywana panną Kornelią), która nie zawodzi ze swoją obsesją na temat plotkowania i traktowania z góry męskiego rodu. Ale przede wszystkim nie ma już Wymarzonego Domku, do którego Ania nadal od czasu do czasu wzdycha.

Co działa na korzyść tej części?
Właściwie wszystko inne. Trzeba się tylko przestawić, bo sytuacja rzeczywista wygląda tak, że Ania z Gilbertem przeprowadzili się do większego domu. W odbiorze czytelnika rozpoczyna się jednak zupełnie inna historia. Minęło kilka lat, przybyło kilkoro dzieciaków, zmieniły się zwyczaje i charaktery. Ania nadal jest rozmarzoną Anią, ale już panuje nad swoją naturą.
To bardzo delikatne przejście pomiędzy cyklem o Ani, a historią jej dzieci. Poznajemy w trakcie czytania wszystkich małych Blythe’ów. Piątka, a wkrótce szóstka małych osobistości jest majstersztykiem autorki. Wykreowała rodzeństwo, z którego każde ma odrębny charakter, każde ma inne upodobania i zwyczaje, a jednocześnie wszyscy mają cechy wspólne, należące do ich rodziców. Nie ma sposobu, żeby ich nie polubić widząc w nich taki ogromny ślad Ani i Gilberta. Grzeczne, inteligentne i wspaniale figlarne dzieciaki ze Złotego Brzegu są już z założenia cudownym materiałem na kolejną część.

Ania bardzo się zmieniła. Dorosłość i przeżyte tragedie odcisnęły piętno na jej wrażliwej osobowości. Nadal jest pogodną i pełną fantazji kobietą. Wspaniałą panią na Złotym Brzegu. Troskliwą matką i żoną, orędowniczką domowego ciepła, wierną przyjaciółką. Jednak jej ambicje zupełnie się przewartościowały, co jest naturalne dla sytuacji życiowej i czasów w jakich żyła. Według tego, co przedstawiła autorka jej priorytetem poza troską o dzieci, którą dzieliła z Zuzanną, było dbanie o ogród i utrzymywanie stosunków towarzyskich z sąsiadami. Troszkę inaczej ją zapamiętaliśmy z czasów Koła Miłośników Avonlea, czy Redmondu, prawda? Ale tak niestety było w jej czasach. Kobieta po wyjściu za mąż z automatu rezygnowała ze swoich wcześniejszych ambicji.

Montgomery nie zawodzi z poczuciem humoru i zapierającymi dech opisami przyrody. Wyspa Księcia Edwarda jawi się jak kraina z najpiękniejszej baśni. Jest czystą poezją.
Sąsiedzkie perypetie, często powiązane z rodziną Blythe’ów, pochłaniają bez reszty. Wizyta apodyktycznej i ponurej ciotki Gilberta przysparza nawet kilku skoków adrenaliny. Zdaje się, że to pierwsza osoba, której Ani nie udało się złagodzić. Książka jest bardzo zróżnicowana i zdecydowanie atrakcyjna dla czytelników lubiących styl Maud. Nie znajdzie się w niej monotonii. Jednak nie jest już tak świeża i niepowtarzalna jak jej poprzedniczki. Proza, jaka dopadła Anię, dopada również całokształt. Czy to wada? Nie. To zmienność jaką charakteryzuje się życie. A wiadomo, że Maud potrafiła doskonale przejrzeć wszystkie jego uroki i szpetoty.

„Ania ze Złotego Brzegu” niewątpliwie (patrząc na to z perspektywy lat) dała mi fundament do mojego wymarzonego życia rodzinnego. Choć obecnie kobieta ma z jednej strony lepiej, z drugiej nieporównywalnie gorzej. Bo przecież nie musi z niczego rezygnować, ale za to dopada ją codzienna gonitwa. Ni mniej wizja dorosłej, zrównoważonej Ani bardzo mi odpowiada. Zyskała szacunek otoczenia, spełniła się jako ówczesna kobieta. Osiągnęła tyle, ile kobieta w niewielkiej mieścinie mogła osiągnąć.
W ostatnim rozdziale mamy wisienkę na torcie, częściowy powrót do lat redmondzkich i Gilberta tak dużo jak dusza zapragnie.

Zachęcam.
Polubiłam Złoty Brzeg, polubiłam jego mieszkańców i sąsiadów. Stałam się poniekąd częścią tej barwnej rodziny. Ale chyba każdy, kto dał się wciągnąć w świat najbardziej znanej bohaterki Lucy Mongomery powie to samo, prawda?

Moja ocena: 8/10

Takie jest życie. Szczęście i ból, nadzieja i strach, ciągłe zmiany. Bezustanne zmiany! Nie można nic na to poradzić. Trzeba pogodzić się z tym, że przeszłość odchodzi, przyjmować teraźniejszość, kochać ją i uświadamiać sobie, że i ona też musi przeminąć. Wiosna, nawet najpiękniejsza, ustępuje miejsca latu, a lato – jesieni. Narodziny, małżeństwo, śmierć…