„Busem przez świat. Australia za 8 dolarów”

Supertramp powraca!
Tym razem ekipa Busem przez świat przemierza piękną w swej okrutnej surowości Australię. Cztery miesiące, 25-tysięcy kilometrów, osiem dolarów dziennie i stary bus. Czy muszę dodawać coś jeszcze?

A wszystko zaczęło się rok wcześniej. Jak zwykle – od pomysłu, który niemal wszystkim wydawał się kompletnie szalony.

Jak w poprzedniej książce (Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów) podróż rozpoczynamy od stworzenia planu. I po raz kolejny czytając zawiłości w niezbędnej dokumentacji, rozmachu przedsięwzięcia i szaleństwie zazębiających się terminów dostałam zawrotów głowy. Powiem wam, że może i chciałabym się wybrać w taką podróż, ale zdecydowanie nie dałabym rady jej zorganizować.

W rolę narratora ponownie wciela się pomysłodawca i inicjator Karol Lewandowski.
Książka jest relacją, jakby dziennikiem wyprawy przez Australię i Nową Zelandię. Ukazuje nam wszystkie najważniejsze punkty, wydarzenia i spotkania, do jakich doszło w ciągu czteromiesięcznej drogi. A należy wspomnieć, że wszelkie wydarzenia, spotkania i, co najgorsze, awarie na australijskim outbacku, mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne.

Australię do tej pory znałam jedynie z filmu… „Australia” z Nicole Kidman. Oglądałam go dawno temu, ale doskonale pamiętam, jak bardzo oszołomiła mnie niewyobrażalna przestrzeń pokazana na, ostatecznie ograniczonym rozmiarowo, ekranie telewizora. Tak samo oszołomieni są uczestnicy wyprawy, kiedy każde osobno wspina się na górę, mimowolnie uczynioną punktem widokowym. Wtedy w pełni dostrzegają Australię dziką, niebezpieczną, pełną drapieżników czyhających na nieuważnego człowieka. Człowieka, który na pustyni, gdzie temperatura codziennie osiąga 50 stopni, jest intruzem. Australię równie piękną, barwną, tętniącą życiem jak groźną.
Trzeba nadmienić, że książka napisana jest w sposób bardzo prosty, bezpośredni, bez zbędnych upiększeń i uszlachetnień zdań. Można powiedzieć, że po prostu mówi jak jest. Nie przeszkadza to jednak w pełni zobrazować sobie wydarzeń i przeżyć ich, jakby stało się tuż obok.
Wraz z, ledwo w tych upałach zipiącym, busem forsujemy powódź, atak jakiejś wściekłej szarańczy, burzę piaskową i cyklon. Bałam się – serio! Czułam dreszcze zarówno w buszu, (gdzie do Oli przyssała się wstrętna pijawka), jak i na niekończącej się pustyni, gdzie zepsuł się bus. Laweta mogła zabrać tylko dwoje podróżnych (Ola i Wojtek musieli siedzieć na tym pustkowiu samiuteńcy do późnej nocy). Bałam się nawet w czasie kąpieli w oceanie i podziwiania cudownej rafy koralowej (gdzie Olę poparzyła meduza…).  Na miejscu Oli zastanowiłabym się nad uczestnictwem w następnej wyprawie 😀
Książkę się dosłownie łyka na raz. W moim przypadku były to co prawda trzy razy, ale tylko dlatego, że Okruszek złośliwie wybudzał się z drzemki! Czy można ją traktować jako przewodnik w dosłownym znaczeniu tego słowa? Częściowo tak. Ekipa przejechała przez wiele ciekawych miejsc, opowiadając o nich i zaznaczając, co jest warte uwagi, a co spokojnie można ominąć. Dzięki temu, że na każdym przystanku poznawali nowe osoby, dostali też wskazówki i porady, jak radzić sobie w różnych niespodziewanych sytuacjach. Można z nich wyciągnąć niejedną lekcję surwiwalu. Natrafiali na wielu życzliwych tubylców, podróżników i zaskakującą ilość rodaków. Ogólnie zadziwiająco sporo Europejczyków postanowiło się osiedlić na tym nieokiełznanym kontynencie, a ich historia wywodzi się jeszcze z lat osiemdziesiątych i ucieczki przed komunizmem.

Poznałam kilka zadziwiających faktów z życia Australijczyka. Byłam naprawdę zdziwiona jak w tak nieprzystępnym środowisku życie jest dalece lepsze, godniejsze od naszej niby cywilizacji. Jak rząd troszczy się o mieszkańców, jak ludzka mentalność może odbiegać od naszej. Szacunek, zaufanie, swoboda, otwartość, gościnność i uczynność. Punkty z wodą pitną na outbacku, darmowe przekąski na dłuższych trasach. I gdyby nie te pająki, gdyby nie te węże, krokodyle, nietoperze, pijawki, meduzy, rekiny, dingo i kazuary właśnie pakowałabym rodzinę!

Minusem w książce są bardzo słabej jakości zdjęcia. O ile w amerykańskiej przygodzie mi to nie przeszkadzało, bo przecież każdy zna te wszystkie filmowe scenerie z zachodu, to Australia utraciła dużo ze swojej pompatycznej wielkości. Choć z drugiej strony plusem jest ilość fotografii. Są właściwie na każdej stronie.

Ciekawostka.
W wielu miejscach w książce znajdujemy kody QR, które po zeskanowaniu wyświetlają nam filmik odpowiadający danemu fragmentowi. Można w ten sposób posłuchać odgłosów przyrody, nauczyć się wraz z Karolem rzucać bumerangiem, zobaczyć taniec Aborygenów itd. Fajna wizualizacja dodatkowo pobudzająca wyobraźnię.

Dlaczego zachęcam do przeczytania Australii, lub innej relacji z podróży Supertrampa? Bo poznacie dzięki temu świetnych ludzi. Zgraną ekipę z nieodpartą rządzą przygód. Dowiecie się jak realizować marzenia, nawet jeśli wszyscy dookoła stukają się palcem w czoło. Przekonacie się, że niemożliwe nie istnieje (słynne powiedzenie innej znanej podróżniczki), ale również tego, że nie wystarczy jedynie bardzo chcieć. Trzeba zapracować na realizację swoich marzeń. A później rzucić się w wir przygody i dać się jej ponieść. No i te  f e n o m e n a l n e widoki…
Polecam gorąco!

Moja ocena: 7/10