„Będzie dobrze, kotku” (tom 2)

Anna jest dobrą żoną i matką. Odnalazła swoje miejsce na ziemi, tylko że… Czasem ma wrażenie, że czegoś jej brakuje, że nie żyje w pełni. Słodki schemat ?kury domowej? nie wystarcza. W miarę upływu czasu dochodzi do głosu przekonanie, że jednak chciałaby od życia czegoś więcej.


Pamiętacie część poprzednią? Ja pamiętam bardzo dobrze, bo miała magiczny czynnik zapadający nie tylko w pamięć, ale i serce. Mimo to zerknęłam sobie z czystej ciekawości na jej recenzję i ze śmiechem przyznaję, że ta część zrównuje się z poprzednią pod przynajmniej jednym względem. Co za koszmarna okładka 😀

Książka rozpoczyna się nakreślonymi zachwycającym stylem „Zapiskami Wilka”. Z góry wiadomo, że będzie on ważną postacią i jeśli pamiętamy część pierwszą nietrudno wykalkulować które skrzypce zagra. Mimo to mężczyzna owiany ponurą tajemnicą wzbudza duże zainteresowanie.

Zaglądamy do małżeństwa Terlińskich w kwiecie olsztyńskiej wiosny, kiedy niczego niepodejrzewająca Anna rozpływa się w zachwycie nad swoim życiem. I naprawdę ma nad czym. Patryk, troskliwy, czuły mąż, świetnie dogaduje się z Mają (córką odnalezioną po latach) i ciągle rozwija swoją praktykę lekarską. Adaś, kilkumiesięczny synek Anny i Patryka, codziennie dostarcza im (jak również czytelnikowi) nowych radości. Grono wiernych przyjaciół wspiera ich i towarzyszy im przy każdym większym wydarzeniu. Czymże w takiej otoczce może być zbyt wścibska teściowa, czy nieznaczna monotonia, zakradająca się do codzienności? Miłość i wzajemna bliskość obracają w pył problemy dnia codziennego, a na horyzoncie już majaczą piękne Bieszczady…

A czegóż takiego Anna nie podejrzewa? Że w przeciągu kilku miesięcy wszystko się zatrzęsie i zawali. Dokumentnie wszystko. Zniknie poczucie bezpieczeństwa, przyjaciele się rozsypią, rodzina oddali, a wilk zaatakuje.

„Serce jak Bóg, odzywa się w ciszy, ale zawsze powie to co czuje.”

Przede wszystkim jest to powieść z gatunku tych, które lubię najbardziej. Opiewająca codzienność. Czynności, które sama wykonuję każdego dnia, obowiązki, które ma na siebie nałożone każdy z nas, rozmowy przeprowadzane tak często ze znajomymi i rodziną, tak bardzo nam bliskie problemy. Wszystko to sprawiło, że odpłynęłam zupełnie. Przeniosłam się do swojego a jednak innego świata i dałam się ponieść nurtowi, który tak sprawnie wypłynął pani Sawickiej spod palców. Miłość balansująca na równi z nienawiścią, życie przeplatające swoją ścieżkę ze śmiercią, pożądanie przepychające się ze zniechęceniem i poczucie bezpieczeństwa idące w szranki z obsesyjną zazdrością. Koktajl, który zachłannie przełknęłam i z niecierpliwością będę czekała co dalej z tego wyniknie.

Wielorakość emocji, jakie wzbudzały wydarzenia, nie dała się pomieścić w jednej mnie. Wzdychałam, odkładałam czytnik, żeby po chwili znowu go złapać i krążyć z nim po pokoju. To jedna z niewielu książek, przy czytaniu której obtłukłam piszczele.

„Każdy ma jakiś trudny czas za sobą albo przed sobą. Składamy się z sumy dobrych i złych zdarzeń. Gorzej, jeśli tych złych jest więcej.”

W porównaniu z częścią pierwszą (a ponieważ to kontynuacja nie potrafię jej nie porównywać) widzę olbrzymią poprawę pod względem technicznym. Opisy nie są monotonne, świetnie obrazują nam tło wydarzeń, zarówno dialogi jak i reakcje ludzi są zdecydowanie bardziej naturalne i prawdziwe. Jednocześnie Polska jeszcze nigdy nie była mi taka miła 🙂

Bohaterowie ulegli zmianie i osadzili się mocno na swoich stanowiskach. Patryk, którego doskonale rozumiałam zupełnie wymknął się jakiejkolwiek kontroli, udowadniając mi, że zaufałam mu niesłusznie. Anna z kolei drażniła mnie w części poprzedniej, a w tej stała się moim wzorem do naśladowania. Jest dokładnie taka, jaka ja zawsze chciałam być. To strasznie mądra kobieta, która podtrzymuje domowe ognisko, wie co jest w życiu najważniejsze i nigdy nie kieruje się impulsem. Jest spokojna i zrównoważona. Zamiast się szarpać cierpliwie czeka aż los się odwróci. Nie zraża się potknięciami i chociaż ją ranią, stara się je przezwyciężyć w sposób wyważony i rozsądny. Mimo tego wszystkiego wcale nie jest nijaka ani przesadnie heroiczna. Jest naturalną, bardzo ciepłą, ambitną i zakochaną w swojej rodzinie kobietą.

Ilość prostych, a jednak pięknych i poruszających mądrości, jaka wypłynęła z powieści, starczyłaby na napisanie kolejnej książki. Myślę, że każdy z nas znajdzie tutaj radę dla samego siebie, dotrze do sytuacji, która dotyczy go bezpośrednio i posłucha jak czasami łatwo jest się zatracić w emocjach, na które nie ma sensu marnować czasu, a zapomnieć o tych najważniejszych, kreujących nasze życie.

„Życie jest zbyt krótkie, by marnować szanse, jakie nam daje. Trzeba zdobywać wszystko, co jest do zdobycia, oczywiście na miarę naszych możliwości. Przecież na tej scenie od razu gramy główną rolę, bez prób, a drugiego spektaklu nie będzie.”

Doskonała kontynuacja. Dużo ciekawsza od części pierwszej, pełna tajemnic, niespodziewanych zwrotów akcji i przewrotności losu. Zakończenie może jak dla mnie zbyt drastyczne, ale z obiektywnego punktu widzenia konieczne. No i otwiera szeroko furtkę na część trzecią, więc akceptuję je bez większych bulwersacji.
Nie pamiętam kiedy ostatnio książka tak bardzo do mnie trafiła. Może nie wstrząsnęła mną, nie powaliła, nie pozostawiła bez tchu, ale zaczerpnęłam z niej tak wiele mądrości, w pewnym stopniu inspiracji i domowego ciepła, że plasuje ją na jedną z najpiękniejszych polskich powieści, a panią Sawicką na swoja ulubiona rodzimą autorkę.

Jedynie nadal nie rozumiem skąd taka okładka i tytuł zwiastujący mało skomplikowany romansik.

Moja ocena: 8/10


autor Wioletta Sawicka
wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 10 marca 2015
liczba stron 440
gatunek obyczajowa