Chłopcy 4. Największa z przygód.

Chciałabym Was zaprosić na kolejną recenzję rewelacyjnej serii fantasy „Chłopcy”. Niestety zaproszę Was na recenzję ostatniej części tejże serii.

Dzwoneczek odzyskała dwóch Chłopców, Cień za to odbił bliźniaków. Piotruś robi się coraz bardziej niecierpliwy, więc jego wierny sługa zaczyna posuwać się coraz dalej, żeby Pan się nie znudził. Jak daleko uda mu się dojść i czy Dzwoneczek ostatecznie zbierze na tyle siły, żeby go powstrzymać? Chłopcy chcą się bawić, ale ta zabawa już dawno przestałą być dziecięcą igraszką.

Po co się martwić w słoneczny dzień?
Poczucie winy przelej w swój cień.
I tak jest czarny, ma w sobie mrok,
a ty zachowasz beztroski krok.

Żal mi było rozstawać się z „Piotrusiem Panem” w wersji dla dorosłych. Wiedziałam, że ta recenzja będzie kropką nad i, ale ostatecznie nadszedł czas, żeby ją popełnić.

Przede wszystkim należy podkreślić klimat, jaki zatacza się wokół czytelnika i zaciska z każdą przeczytaną stroną. Zaczął się zbierać już w części poprzedniej, ale to co się dzieje od początku „Największej z przygód” przekracza wszelkie oczekiwania. Cień prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z tego jakie konsekwencje będzie miało uczynienie Chłopców dorosłymi nie tylko na zewnątrz. Ich umysły przechodzą zupełną transformację. O ile wcześniej rozumieli powagę sytuacji i byli gotowi na prawdziwą wojnę z Panem, teraz ich mobilizacja wręcz przytłacza.

Skończyły się dziecięce igraszki. Dzieci dorosły. Dzwoneczek jako matka musi dołożyć wszelkich starań, żeby ponownie zgromadzić swoich Chłopców i stawić czoła wrogowi jako rodzina, bo tylko wtedy mają jakieś szanse w walce. Jest gotowa na wszystko, żeby odbić ich wrogowi i jeszcze nigdy zwrot „gotowa na wszystko” nie miał tak głębokiego znaczenia. Jeśli do tej pory mieliśmy ją za ostrą, bezwzględną babkę, teraz zamienia się w najostrzejsze narzędzie, które tnie wszystko, co stanie jej na drodze.

Przywykłeś do przygód o ustalonych zasadach, bo takie są dziecięce reguły. Ale to już jest nie zabawa dla dzieci. Śmierć, największa z przygód, ma tabliczkę „Tylko dla dorosłych”.

Akcja podzielona jest na dwie sceny. Na pierwszej Dzwoneczek dwoi się i troi, żeby przywrócić pamięć wszystkim swoim dzieciakom. Nie bacząc na żadne zasady, stosując coraz to brutalniejsze metody prze do przodu jak taran. Czy też jak piła mechaniczna…
Druga scena odsłania wieczną imprezę, jaką urządził sobie Piotruś. Wraz z Wendy królując nad bandą rozbawionych – co by dużo w słowa nie ubierać – zbirów, zabawia się coraz śmielej i okrutniej. Niestety, ku przerażeniu Cienia, zaczyna się nudzić. Wieczny Chłopiec pragnie kolejnej przygody. Tej największej…

Wraz z postępem fabuły, a raczej jej chyleniem się ku końcowi, zostają rozwiewane tajemnice, jakimi zaraził nas autor już od pierwszej części. Każda część jest nie tylko bezpośrednią kontynuacją poprzedniej. Wszystkie wydarzenia, wszystkie kroki, jakie podejmują uczestnicy tej upiornej zabawy, są następstwem lub reakcją na to co już się wydarzyło. Płynność i klarowność fabuły jest wręcz zaskakująca.

Poznajemy głębiej mężczyznę, który w swoim czasie był mianowany tatą. Tata musiał odejść, bo nie uszanował matki, a matka jest świętością. Jak zostanie przyjęty po tylu latach, jaka będzie reakcja Chłopców i Dzwoneczka na jego nieoczekiwany powrót?
Będziemy mieli okazję poczuć na własnej skórze czym jest poświęcenie, więzi rodzinne i przywiązanie.
Wnikniemy w struktury i obyczaje prawdziwych gangów motocyklowych. Brutalny świat mężczyzn dla których honor klubu jest rzeczą najważniejszą.
Prześwietlimy psychikę i zamiary Cienia. Najwierniejszego i najbardziej tajemniczego kompana Piotrusia.
Damy się porwać Kędziorowi, który coraz zmyślniejszymi przekleństwami doprowadzi na do łez. Łez ze śmiechu oczywiście.
Aż w końcu poznamy bliżej pewnego zielonookiego jegomościa, amatora czerwonych krawatów, który odegra jedną z głównych ról. Kim tak naprawdę jest pan Proper? Bo przecież o bycie kotem nie będziemy go posądzać!

„Chłopcy” Jakuba Ćwieka to osobne uniwersum, inny świat narysowany na kanwie rzeczywistości i bajki. Świat brutalny i bezwzględny, w którym nie ma miejsca na zawahanie się ani patrzenie wstecz. Droga prowadzi i należy podążać samym jej środkiem, żeby nie wpaść w szpony najgorszych koszmarów, o które ocieramy się bokami, a które syczą i skwierczą, żeby tylko odwrócić naszą uwagę.

Muszę na coś pomarudzić, bo pomarudzić wypada, jeśli ma to być obiektywna recenzja. To, co (między innymi) zachwycało mnie we wszystkich częściach, to jakość wydania. Wspaniała okładka, niesamowite grafiki wewnątrz i perfekcyjna korekta. Tutaj widać, że Kuba chyba trochę naciągnął termin i nie pozwolił współtwórcom swojej książki swobodnie pracować. Rysunki nieco odbiegają jakością od tych zawartych w Zgubie. Są jakby niedokończone, inaczej zacieniowane, kreska mniej dokładna. Jeśli zabieg był celowy, mnie dużo bardziej do gustu przypadły tamte. Znalazłam też sporo powtórzeń słownych, czego nie zdarzało mi się dojrzeć wcześniej. Nie waży to jednak na jakości i komforcie czytania, bo to u Ćwieka zawsze znajduje się na wysokim poziomie.

Czytania „Największej z przygód” nie mogłabym nie porównać do jazdy na rollercoasterze. Niebezpieczne zabawy na wesołym miasteczku są nieodłączną częścią tej serii. Tym razem wagon zaczyna pędzić z zawrotną prędkością w stronę nieuniknionego, a kiedy się uspokajasz, kiedy masz chwilę, żeby odetchnąć, robi niespodziewany zwrot i pędzi jeszcze szybciej.

Po raz kolejny ostrzegam, że nie jest to książka dla ludzi o wrażliwej duszy artysty. Jest tam przemoc, krew leje się strumieniami, kobiety traktowane są jak narzędzia do sprawiania przyjemności mężczyznom, poziom wulgarności dawno już przekroczył wszelkie skale, a kultura ogranicza się do obucha w łeb, jaki czasami Dzwoneczek funduje Chłopcom za używanie brzydkich słów.
Jeśli jednak zaczniesz, jeśli odważysz się wejść na Drogę, jeśli posmakujesz przygody już nie odpuścisz. Droga będzie cię wzywała za każdym razem, kiedy spróbujesz z niej zejść, a kiedy pomyślisz, że nareszcie widzisz koniec, okaże się, że to jedynie zakręt.
Cudownie było śledzić przygody Zagubionych Chłopców przez pryzmat „Piotrusia Pana”, jakiego poznałam jeszcze w dzieciństwie. Teraz nie będę już mogła wrócić do „Piotrusia Pana” nie patrząc na niego przez pryzmat „Chłopców”.

Moja ocena 9/10

Wiesz, dlaczego łatwiej mierzyć się ze strachem w dzień niż w nocy? No w dzień nigdy nie jesteś sama. Zawsze jest jeszcze Cień.