„Cień matki” (t.3)

Czy prawda przynosi ulgę?
Nie w każdym przypadku. Czasami może wszystko skomplikować.
Lacey O’Neill jest już dorosłą kobietą. Kobietą, którą nigdy nie wyrwała się spod wpływów przeszłości. Była świadkiem morderstwa swojej matki i od tego momentu zupełnie odpłynęła w świat, mający jej pomóc zapomnieć. Rozwiązły tryb życia sprowadził na nią odpowiednią reputację i przysporzył zmartwień rodzinie, która zdołała się już otrząsnąć i ułożyć sobie życie. Dopiero prawda o tym jaka była Annie O’Neill otworzyła dziewczynie oczy.

Jak pamiętamy z zakończeniu tomu drugiego Lacey dowiaduje się, że jej matka miała wielu kochanków, z których, mimo miłości do męża, nie była w stanie zrezygnować. To szybko jej rozpacz przekuło w gniew. Lacey zmienia się nie do poznania. Robi wszystko, żeby nie łączyła ją z matką ani jedna najmniejsza cecha. Jak tego dokonać, skoro jest do niej bliźniaczo podobna?

Życie stawia ją w zaskakującej sytuacji. Po śmierci przyjaciółki z dzieciństwa staje się prawną opiekunką jej jedenastoletniej córki – Mackenzie. Nastolatki, której objawem rozpaczy jest niechęć do otoczenia. Jednocześnie na jej drodze staje dwóch mężczyzn. Rick – spokojny, przystojny prawnik, który ma dla niej całe pokłady cierpliwości i ciepła. Skrywa również pewien sekret, który jest wręcz namacalny. Bobby, to z kolei młodzieńcza miłość Lacey i potencjalny ojciec Mackenzie. Kiedy Lacey zafascynowała się Bobbym była w najgorszym okresie swojego życia, po śmierci Annie, kiedy to panicznie szukała jakiejkolwiek uwagi. Bobby był typem niegrzecznego chłopca, który zupełnie zawrócił jej w głowie, po czym zaangażował się w związek z jej najlepszą przyjaciółką. Czy minione lata cokolwiek w nim zmieniły?

Pamiętacie jak to było z cyklem Kiss River? Pierwszy tom był genialny, ale drugi stanowił jego całkowity antonim. Mocno wstrzymałam powietrze biorąc się za część ostatnią, ponieważ to od niej zależało jak zakoduje się w mojej świadomości twórczość Diane Chamberlain.

Lacey od samego początku znamy jako zagubioną dziewczynę, a później kobietą. Nie potrafi sobie wytyczyć celu w życiu, jej serce chce cały czas pomagać, a ciało coraz bardziej wymyka się spod stalowej kontroli. Jednym słowem, według niej samej, jest dokładną kopią swojej matki, którą szczerze pogardza. Postanawia walczyć, stawiając na szali całe swoje szczęście.
W ostatnim tomie po raz kolejny wracamy do ruin latarni i domu latarnika. Jego mieszkańcy wiodą spokojne życie. Clay powrócił do tresury psów. Jego żona Gina zajmuje się ich adoptowaną z Indii córeczką i jest tak samo nijaka jak w tomie poprzednim. Pojawia się również Alec i Olivia i oni są równie wspaniali jak w „Światło nie może zgasnąć”. A kiedy do domu wprowadza się zbuntowana Mackenzie wszystko staje na głowie. Po raz drugi byłam zachwycona tym, jak autorka przejrzała umysł nastolatki, jak doskonale wczuła się w opiekuna takiej osoby i w jak ciekawy sposób nakreśliła rodzące się więzi. Cudownym zabiegiem był motyw tego, jak Lacey w osieroconej dziewczynce odnajdywała dawną siebie.

Myślę, że ludzie, których spotkało straszne nieszczęście, muszą starać się żyć jak najlepiej. Takie jest nasze zadanie.

Książka jest bardzo błyskotliwym i naszpikowanym sekretami placem manewrowym, gdzie bohaterowie muszą uważać na podejmowane decyzje, te bowiem będą miały nieodwracalne konsekwencje w niedalekiej przyszłości. Emocje, które biorą górę nad bohaterami często sprowadzają ich na manowce.

Autorka wybroniła się bez większego wysiłku. To, czego nie było w części drugiej (ciekawy bohater, ciekawa fabuła, ciekawa tajemnica), tutaj wita nas już od pierwszej strony. Książka wzbudza masę emocji i pozostaje w pamięci po jej zakończeniu. Brawa za fantastyczną wielowątkowość w tak zamkniętym otoczeniu. Mimo, że poruszamy się wśród zaledwie kilku osób czuje się spore urozmaicenie.

Dajcie się oczarować starej latarni morskiej, hukowi fal i szumowi drzew. Cykl sporo traci przez nijakość tomu drugiego, ale naprawdę warto zagłębić się w tomie pierwszym i ostatnim, żeby móc poprzeżywać wszystkie zakręty i niewiadome na drogach bohaterów. Myślałam, że udało mi się przejrzeć tajemnice i pułapki, jakie zostały przygotowane w „Cieniu matki”, ale ostatecznie i tak nie mogłam wyjść ze zdziwienia. Jestem w pełni ukontentowana. Zdradzę tylko tyle, że Annie O’Neill po raz kolejny zamiesza!
To bardzo dobre zakończenie cyklu.
Serdecznie polecam.

Moja ocena: 7/10

Do widzenia, mamo – powiedziała, błądząc wzrokiem wśród migotliwych okruchów brylantowego blasku. – Kocham cię.