Dom nad morzem recenzja
Dom nad morzem recenzja
„Dom nad morzem”
T

oskania rok 1966.
Dziesięcioletnia Floriana podczas spaceru poznaje starszego chłopca Dantego. Dante mieszka w pięknej willi La Magdalena i jest synem milionera, podczas, kiedy Floriana to niemalże sierota bez grosza przy duszy. Wrażliwy i dobry Dante obdarza dziewczynkę najszczerszą sympatią i wraz z resztą rodziny ofiaruje jej troskę i czułość przez całe lato. Floriana potajemnie zakochuje się w nim, przysięgając sobie zostać kiedyś panią w La Magdalena, Dante jednak musi wyjechać na studia do odległej Ameryki. Czy po powrocie będzie jeszcze pamiętał o zabiedzonej dziewczynce, która go bawiła i rozczulała przez kilka beztroskich tygodni? I czy w ogóle obyty w świecie arystokrata będzie czuł potrzebę powrotu na włoską prowincje, kiedy cały świat stoi przed nim otworem?

Równolegle i naprzemiennie fabuła książki prowadzi nas do Devon do roku 2009. We wspaniałym staroangielskim hotelu Polzanze, który stoi na progu bankructwa poznajemy Marinę, tajemniczą, pełną bólu i nostalgii kobietę, będącą zagadką nawet dla własnego męża. Daje się poznać jako osoba uparcie dążąca do celu i bardzo wrażliwa, ale nikt nie jest w stanie rozgryźć, co jest przyczyną jej niekończącego się smutku.
Ostatnią deską ratunku dla ukochanego Polzanze ma być malarz artysta, który w sezonie letnim jako atrakcja ma nauczać gości rysunku. Na stanowisko zgłasza się zjawiskowo przystojny Argentyńczyk Rafael. Hotel jak za machnięciem różdżki ożywa, wieść o przystojnym malarzu rozchodzi się po okolicy, przyciągając na lekcje nawet miejscowych. Motywy Rafaela okazują się być jednak zgoła inne niż wszyscy zakładali. Co ma wspólnego z wielką tajemnicą Mariny?

Mamy dwa wątki fabularne, które, jak można przewidzieć już od samego początku, w pewnym momencie mają się połączyć w jeden. Oba są „namalowane” i przeprowadzone bardzo przejrzyście, a należy podkreślić, że nietrudno byłoby się autorce w tych wszystkich lokacjach i postaciach zapętlić i zepsuć całą historię.

Włoski przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych maluje się wspaniałą sielanką na tle szumu morza, wśród barw przepięknego ogrodu willi La Magdalena i piaszczystych wiejskich dróg. Ta wyjęta z obrazka sceneria staje się kanwą wielu pięknych, ale również i wstrząsających wydarzeń. Mała zupełnie osamotniona Floriana zostaje oczarowana czułością i serdecznością, jaką otrzymuje od Dantego i jego rodziny przez całe lato, jakie rodzina Bonfanti spędza na wsi w swojej wielkiej willi. Dla dziesięcioletniej dziewczynki właśnie te dwa miesiące malują światopogląd, jaki będzie niosła przez całe życie.

Z toskańskiej wsi przenosimy się do współczesnej Anglii. I tutaj znowu małe szczegóły dnia codziennego takie jak kapryśność pogody i rześkość powietrza o poranku, porywają nas do zupełnie innego świata. Zimne morze i mżący deszczyk bezapelacyjnie oddają angielską aurę. Marina zmaga się nie tylko z podupadającym hotelem, ale ma również na karku córkę z pierwszego małżeństwa swojego męża, obarczającą ją winą o zniszczenie rodziny.

I właśnie na te relacje i więzi międzyludzkie należy zwrócić szczególną uwagę w powieści Montefiore.
Warstwy społeczne tak mocno wyeksponowane we Włoszech podzielonych na szlachtę i pospólstwo stają na drodze nie tylko wielu miłościom, ale i przyjaźniom. Costanza, najlepsza przyjaciółka Floriany jest córką hrabiego. Dziewczynki w dzieciństwie są nierozłączne, ale Costanza doskonale wie, że w pewnej chwili będzie musiała się zwrócić ku ludziom ze swojego towarzystwa. Będzie się starała jednocześnie być wierna przyjaciółce i według mnie wyjdzie z tego bardzo ciekawa droga do pokonania.
Clementine, pasierbica Mariny, nie zdaje sobie sprawy, że swoim uporem w nienawiści do kobiety jedynie rani najbliższych. W pewnej chwili, kiedy przyjdzie opamiętanie, kiedy usłyszy kilka słów prawdy otwarcie oczu okaże się dla niej bardzo bolesną lekcją.
Właściwie można powiedzieć, że losy postaci drugo i trzecioplanowych są równie ciekawe jak głównych bohaterów.

Uwielbiam styl opowiadania Santy Montefiore. Ma w swoim warsztacie coś takiego, co wybudza nasze fantazje i marzenia, pozwalając nam się bez reszty oddawać cudownie przygotowanej historii. Jej krajobrazy są epicko ubarwione, pełne rozmachu uczucia docierają prosto do czytelniczych serc, a często tragiczne, beznadziejne losy bohaterów wyciskają łzy żalu za straconym.

Ta pozycja ma według mnie wątki bliźniaczo podobne do historii ze „Spotkamy się pod drzewem Ombu”. Głównym przesłaniem jest to, że życie jest zbyt krótkie, żeby chować urazy i nosić w sercu złe emocje. Nie trzeba go komplikować ani sobie ani nikomu innemu. Należy się cieszyć i wykorzystywać każdy dzień.
Niestety o ile opisy przyrody naprawdę ujmują i uwodzą w „Domu…” zabrakło rozmachu emocjonalności. Historia przepiękna, pełna możliwości została nieco obdarta z typowej dla Montefiore dawki śmiechu i łez. W pewnej chwili wydało mi się, że autorka boi się zrobić nam przykrość, bo zawracała za każdym razem, jak miało dojść do sceny kulminacyjnej, tragicznej. I niestety to zaważyło na nieco obniżonej ocenie.
Ogólnie książkę polecam, nie zawodzi. Po prostu oczekiwałam od niej czegoś więcej.

Moja ocena: 6/10

Nie proponuję, żebyś zapomniała o przeszłości, tylko żebyś przyjęła do wiadomości, co się stało, i zostawiła to za sobą, bo inaczej gorycz zatruje twoją teraźniejszość… Nie zmienisz tego, co się stało, możesz jednak zmienić swój sposób postrzegania przeszłości.