„Dzień cudu”
H

anka od wczesnego dzieciństwa ciągnie za sobą bagaż doświadczeń. Nigdy tak naprawdę nie kochana ucieka z rodzinnej wsi i układa sobie szare, monotonne, ale bezpieczne życie na gdańskim osiedlu. Mąż jej nie rozpieszcza, nie okazuje żadnego uczucia, mimo to dziewczyna dostaje to, na czym zależy jej najbardziej. Bezpieczny dach nad głową i stabilizację. Godzi się na wszystko bez sprzeciwu, bo obojętność jest o niebo lepsza od tego, czego doświadczyła dotychczas. Do czasu. Diagnoza, czy też może wyrok, wywracają te poukładane klocki wprowadzając zupełny chaos. Hanka nie potrafi sobie z tym poradzić, postanawia wybiec śmierci na przeciw.
Piotr, były policjant, pogubiony twórca bestsellerowych kryminałów szuka swojego miejsca w życiu. Po rozstaniu z żoną coraz bardziej traci kontakt z synem, a powabna Elżbieta zagrabia sobie coraz większą część jego prywatności. Zdaje się, że wena odleciała bezpowrotnie aż do momentu, kiedy ratuje dziewczynę pędzącą w ramiona śmierci.
Co wyniknie z tego spotkania? Czy przeznaczenie, cały czas krzyżujące ich drogi, może dokonać cudu? Czy Piotr ulegnie przerażającej prośbie Hani?

Wioletta Sawicka jest autorką uwielbianej przeze mnie Kociej Trylogii. Sięgając po Dzień cudu byłam przekonana, że dostanę coś w zbliżonym klimacie, tyle, że skumulowanego do jednej części. Niepomna poważnej tematyki szykowałam się na dobrą rozrywkę (bo przecież Jojo Moyes pokazała, że to możliwe). Jakież było moje zdziwienie kiedy odkryłam, że zarys fabularny i klimat powieści nie mają nic wspólnego ze wspomnianymi Kotkami. Pani Wiola w swojej czwartej książce odsłoniła zupełnie nową, zaskakującą stronę swojej twórczości.

Posługując się intuicją powinniśmy podejrzewać, że Hanka po usłyszeniu diagnozy wypełznie spod szarej kołderki, jaką otulone jest jej życie, i w końcu spróbuje żyć pełną piersią. Niestety staje się zupełnie odwrotnie. I bardzo dobrze, bo poleciałoby to po schemacie. Bohaterka jeszcze bardziej zamyka się w sobie zawiedziona tym, jak niesprawiedliwie potoczyły się jej losy. I właściwie nie mogłam się z nią nie zgodzić. Szeroko rozwinięta retrospekcja we wspomnieniach dziewczyny doskonale zobrazowała nam z czego wyszła i w co wdepnęła. Przysłowiowe „z deszczu pod rynnę”? Być może.

Narracja w pierwszej osobie płynie z dwóch źródeł. Z perspektywy Hani i Piotra. W początkowej części książki autorka szybko ratuje nas z ciężkiej atmosfery jaką jest zasłyszana diagnoza Hanki. Przenosimy się do mieszkania Piotra, gdzie słyszymy zdanie: Nie cierpię,  jak panoszy się po moim mieszkaniu i mówi do mnie „Piotruś”. Mało nie rozpłakałam się ze śmiechu. Zdrabnianie męskich imion zawsze działało na mnie jak płachta na byka, więc trafiony zatopiony! Na późniejszym etapie narratorzy naprzemiennie prowadzą nas przez fabułę odkrywając przed czytelnikiem swoje myśli i uczucia, a skrzętnie ukrywając je przed sobą nawzajem.
Książka jest przesycona polskim klimatem i jest nieprawdopodobnie realistyczna. Budowa dialogów, nowinki z kraju i ze świata, typy osobowości postaci, ich wady i to w jaki sposób potrafią wykorzystywać swoje atuty. Wszystko to buduje bardzo ciekawy klimat. W świecie, który nas otacza poznajemy historię nowo poznanych osób. Odnosi się wrażenie, że w rzeczywistości, którą bardzo dobrze znamy, pośród przechodniów na ulicach, w każdej chwili mogą nas minąć Hania z Piotrem prowadząc swoją niebezpieczną grę. Dlaczego niebezpieczną? Bo muszą zagrać samymi emocjami, a stawką jest życie i szczęście.

Choć fascynującym było posłuchać (przeczytać) co nieco o pracy bestselleryka, to moją uwagę najbardziej przyciągnął młodzieżowy slang. Ogólnie książka jest napisana, jeśli chodzi o stylistykę, pierwszorzędnie, niezwykle starannie i kwieciście, ale ten żargon podbił moje serce. Niby taki niedbały i niechlujny, ale w rzeczywistości przekazuje całkiem poprawną, merytoryczną i zaskakująco głęboką treść.

Obleci. Jest kasa, ful wypas, tylko ludzi brak – zaśmiał się sarkastycznie. – Przeciąg hula na marmurach.

Szczerze bałam się, że książka wyszła w złym momencie. W chwili, kiedy szum po Zanim się pojawiłeś jeszcze nie przebrzmiał, a tematyka eutanazji kojarzy się opacznie z romantycznymi uniesieniami. Bałam się, że czytelnicy będą oczekiwali podobnych zagrań, że posądzą książkę o naśladownictwo. Od chwili przeczytania pierwszego rozdziału mój strach uleciał. To tak indywidualna i dobra historia, że… zasługuje na hollywoodzką produkcję? Nie! Będę bardzo mocno trzymała kciuki, żeby żadna produkcja jej nie zniszczyła.

Książka jest bardzo romantyczna, choć romantyzmem z konieczności zawoalowanym, pełnym niepewności i panicznie łaknącym wznioślejszych uczuć. Jest również całkiem zabawna i wzruszająca, ale przede wszystkim mądra mądrością płynącą z doświadczenia. Słowem – bardzo dobra pozycja.

Czy przeżyliście swój dzień cudu?
Ja przeżyłam. Całkiem niedawno. Muszę przyznać, że do końca życia nie zapomnę uczucia towarzyszącego mi w tamtej chwili. Na moich oczach dokonywało się niemożliwe.
Kochani, po przeczytaniu książki przekonacie się, że w ten cud zawsze trzeba wierzyć. Choćby był najbardziej niemożliwy, to wiara przenosi góry. Najważniejszą lekcją jaką wyciągnęłam z książki jest korzystanie z przywileju życia. Życia pełną piersią, życia na własnych zasadach, wedle swoich warunków. Co ma się wydarzyć i tak się wydarzy, ale to my decydujemy w jakiej sytuacji nieuniknione nas zastanie. I o tym właśnie jest Dzień cudu.

– Dziękuję pani. – Nachyliłem się do jej ręki. – Za wszystko.
– Nie mnie. – Pokręciła głową, wskazując na sufit. – Jemu. Ja tylko leczę. On czasami czyni cuda.


Moja ocena 7/10