„Dziewczyna na Times Square”

Nowa powieść autorki Jeźdźca Miedzianego. Bohaterka wygrywa na loterii, ale staje w obliczu śmiertelnej choroby – miłość, zbrodnia i rodzinne tajemnice. Gdy poznajemy Lily Quinn, nic nie zapowiada, by jej zwyczajna egzystencja miała ulec zmianie. Nowojorska studentka chronicznie nie ma pieniędzy, zerwała z chłopakiem, ma problemy na uczelni. I nagle życie Lily nabiera niepokojącego tempa: znika jej współlokatorka Amy, a los na loterii przynosi fortunę. Jednak Lily nie będzie miała czasu, by się nią nacieszyć… 

Rozpocznę od zabawnej rzeczy jaką zauważyłam. Nie krytykuję, że p. Simons to robi, ale czytałam kilka anglojęzycznych opisów jej książek i wszystkie zaczynają się od zdania: „Nowa powieść autorki Jeźdźca Miedzianego”. Hit był, więc dlaczego na nim nie bazować?

?- Gdzie jest ten pokój płaczu, proszę księdza?
  -Nosisz go ze sobą, moje dziecko. Pytanie brzmi, czy z niego wychodzimy, czy zostajemy tam na zawsze? I kogo wciągamy ze sobą?”

Opowieść rozpoczyna się w najbardziej prozaiczny sposób z możliwych. Jest sobie typowo amerykańska dziewczyna – dwudziestoczteroletnia Lily Quinn – której nie za bardzo się chce cokolwiek robić. Zostawił ją chłopak zabierając ze sobą nawet łóżko, jej przyjaciółka i współlokatorka gdzieś znika, a ona sama leci na Maui (ach, te Hawaje!), żeby zażegnać konflikt małżeński rodziców. Poznajemy ją jako wrażliwą, ale nieco opieszałą w stosunku do życia i świata osobę. Po raz kolejny nie zalicza odpowiedniej ilości zajęć i nie kończy studiów, jest głodna i bez grosza. Ciągle zapożycza się u rodziny, która ma jej już serdecznie dosyć. Uwielbia spać i wszystko co jej się przydarza przyjmuje z pokorą. Wydaje jej się, że jest skazana na niepowodzenie, więc zwycięski kupon loteryjny opiewający na olbrzymią sumę przypina do tablicy korkowej uznając, że to jakaś pomyłka. To nie jest najlepszy wzór na bohatera, prawda? Na tym etapie myślałam sobie, że ok, przeczytam to tylko dlatego, że An była nią tak bardzo rozentuzjazmowana. Tylko i wyłącznie dlatego!
Akcja nakręca się dopiero po jej powrocie od mamy. Wraca do Nowego Jorku, ponieważ zostaje wszczęte dochodzenie w związku z zaginięciem jej przyjaciółki. Oczywiście reaguje na to machnięciem ręki, bo przecież Amy znikała już wcześniej i zawsze wracała. Angażuje się w śledztwo z bardzo egoistycznych powodów. Ma pretekst do opuszczenia utyskującej matki, alkoholiczki.
Sprawę prowadzi doświadczony detektyw nowojorskiej policji Spencer O’Malley. Ponad czterdziestoletni kawaler, skrywający swoje mroczne sekrety. Nie jest zbyt kolorowy. Raczej ponury, małomówny i zamknięty w sobie. Niesamowicie dociekliwy i uparty wyczuwa, że tajemnica zaginięcia Amy kryje w sobie coś dużo, dużo więcej, niż mogłoby się zdawać. Zaczyna krążyć wokół jej najlepszej przyjaciółki (Lily), która dziwnym zbiegiem okoliczności nie wie zbyt wiele (prawie nic nie wie) o swojej współlokatorce. Wydaje mu się to strasznie podejrzane, więc drąży jeszcze głębiej. Wkrótce wychodzi na jaw, że zamieszana jest nie Lily, ale jej brat Andrew. Problem pojawia się, kiedy dowiadujemy się, że Andrew jest członkiem Kongresu, startującym do Senatu. Jednym słowem, jeśli Spencer chce zachować twarz i karierę, nie powinien go tykać choćby czubkiem palca. Jak myślicie, podda się?
W każdym razie Spencer tak krąży i krąży wokół naszej Lily doprowadzając ją do szału, aż w końcu obydwoje odkrywają, że ich spotkania mają coraz mniej wspólnego z zaginięciem Amy. Co więcej, śledztwo staje się doskonałym pretekstem do widywania się jeszcze częściej. Fajne jest to, że Lily patrzy na Spencera jako na starszego, wścibskiego faceta zupełnie nie zauważając jak bardzo zaczyna go lubić, jak się do niego przywiązuje.
W miedzy czasie Lily ma dosyć bezcelowego życia i na swój własny sposób bierze je w swoje ręce. Podejmuję nadgodziny, pracuje do utraty tchu często zasypiając gdzie popadnie i stać ją nawet na taksówkę! Jednak kolejna tragedia już puka do drzwi. Z każdym dniem słabnie coraz bardziej i bardziej. Zaczyna niknąć w oczach, aż w końcu trafia do szpitala.
(Tutaj słówko do An. Tak bardzo Ci zaufałam, że nawet nie przeczytałam opisu z okładki, który mówi o chorobie! Kiedy doszłam do momentu, gdzie lekarz mówi „ostra odmiana białaczki promielocytowej”, nie mogłam zebrać szczęki z podłogi. Poważnie! Przecież to romans z wątkiem kryminalnym! Dlaczego władowali głównej bohaterce śmiertelną chorobę?! Odpowiedź przyszła szybko. Bo to dramat z wątkami kryminalnymi i romansem…)

?Powiedziałem do Życia, chcę posłuchać Śmierci,
Życie podniosło głos i powiedziało,
Teraz ją słyszysz.?

Lily bardzo szybko przekona się, że jedyną osobą, która trwa przy niej zupełnie bezinteresownie, jest Spencer. Poznaje prawdziwe oblicze swojej rodziny. Chora, zdradzona, porzucona, a jednocześnie tak cicho i mocno kochana przez zupełnie obcą osobę stawia czoło przeznaczeniu. Nie chcę powiedzieć, że choroba jej służy, ale otwiera jej oczy. Umierając poznaje smak życia. Odnajduje nową siebie.
Czy jej się uda? Czy znajdzie w sobie siłę do pokonania tak groźnego przeciwnika? Czy Amy się odnajdzie? Czy wyjaśni Lily, co łączyło ją z jej bratem? Czy Spencer pokona swoje demony? Czy członkowie „rodziny” (czytaj ludzie ślepo zapatrzeni w czubki swoich nosów), dla których nic poza nimi samymi nie jest ważne, przejrzą kiedyś na oczy?

Jeśli ktoś czytał „Jeźdźca miedzianego”, może powiedzieć, że poznał Paullinę Simons. Mimo przeniesienia się do współczesności jej styl pisania, ujmowania emocji i uczuć jest identyczny. Łapie dokładnie za to samo miejsce w sercu, które nie pozwala już zapomnieć o Lily i jej drodze.
Oczywiście znalazłam kilka rzeczy, które mi nie pasowały. Pierwszą z nich było dochodzenie wszczęte w sprawie bardzo starego śledztwa, jakie prowadził Spencer. Wątek napisany bardzo słabo i zupełnie niepotrzebny. Ani nie nakręcał emocji, ani nic nie wnosił. Drugą był wątek wojny światowej i obozów zagłady, z których zdołała się uwolnić babcia Lily. Fajnie w książce amerykańskiego autorstwa przeczytać o Polsce, o Gdańsku, zobaczyć polskie nazwiska, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że Paullina ma wiedzę i chce się nią chwalić, jak to tylko możliwe. Ten wojenny wątek też nie był do końca potrzebny w wartkiej powieści toczącej się we współczesnym Nowym Jorku. Takie piąte koło u wozu troszeczkę.
No i jeszcze jedna wada/zaleta twórczości Simons. Pięknie buduje zacieśniające się relacje między Nią i Nim. Świetnie daje im się poznać wzajemnie, polubić, zaprzyjaźnić, zafascynować itd. Ale kiedy dochodzi już do współżycia, bohaterowie nie robią nic poza tym. Jeden rozdział obejmuje kilka dni z ich życia, kiedy kochają się gdzie popadnie i kiedy popadnie. Najlepiej całą dobę, przez miesiąc. Pamiętacie Łazariewo, kiedy cały czas, w kółko i w kółko…? Tutaj jest podobnie, ale to też jest stylem Simons i osobiście nie uznaję tego za wadę. Jeśli ktoś ją lubi, to nie powinien mieć z tym problemu.

„Znów uprawiała seks. SEKS. Chciała krzyczeć o tym z dachów domów, opowiadać nieznajomym na ulicy. Chciała go uprawiać przy podniesionych żaluzjach. Chciała to robić w miejscach publicznych, na korytarzach, w autobusie, metrze.”

Na początku bałam się, że Simons nie dźwignie wielowątkowości, ale poradziła sobie bardzo dobrze. Książka niesie ze sobą niezwykłe emocje. Złość, poczucie niesprawiedliwości, odrzucenia, bezsilności, w końcu miłość, spełnienie, dowartościowanie, wola walki, chęć życia. Autorka umie szarpnąć za te właściwe struny. Czytam o ludzkiej sile i samozaparciu i sama czuję się silniejsza. Czytam o pocieszeniu i sama czuję się pocieszona. O krzywdzie i jest mi źle, o radości i się śmieję. Mimo że od osławionego „Jeźdźca” zrobiła spore postępy to nadal nie jest mistrzem pióra. Ale to nic nie szkodzi. Wiecie, co powiedziałam mężowi, kiedy po raz kolejny ścisnęło mi gardło z emocji? „Pieprzona Simons! Nigdy więcej!” Nie wiem jak to robi, ale uderza dokładnie tam, gdzie najbardziej się odczuje. Chociaż jak tak się nad tym zastanawiam, to chyba wiem. Nie idealizuje. Realność sprawia, że naprawdę możemy sobie pomyśleć, że ktoś, gdzieś na świecie przeżywa coś takiego. Zarówno Lily, jak i Spencer są piękni w swoich niedoskonałościach. Wstrząsająca rodzina, która opiekuje się nią w chorobie, licząc na spadek. Kłótnia, że powinna się w końcu przestać męczyć i umrzeć, szok, kiedy się dowiadują, że i tak nie dostaliby ani grosza. W jej książkach ludzie nie są tylko piękni i zakochani. Bywają naprawdę bezlitośnie okrutni. U Simons ludzie są ludźmi.
Świetnie jest również opisany problem choroby alkoholowej. Nie czarujmy się. Każde z nas miało, bądź ma styczność z tym nałogiem w swoim bliższym, lub dalszym otoczeniu. Simons rewelacyjnie ujmuje sedno tej epidemii wyniszczającej ciało i umysł.
I ostatni punkt pochwalny. Podobnie jak Jeździec Dziewczyna również jest „książką słów”. Są momenty, w których jakiś jeden wyraz odnoszący się do sytuacji mówi wszystko.

?- Ile jeszcze cukru, Lii… 
 – Więcej, Spencer, więcej… 
 – Ile jeszcze… 
 – Dużo, bardzo dużo…?

Jak najbardziej polecam!
Moja ocena 9/10