dziewczynka, która wypiła księżyc
dziewczynka, która wypiła księżyc
„Dziewczynka, która wypiła księżyc”

Mieszkańcy Protektoratu co roku oddają najmłodsze dziecko w ofierze wiedźmie zamieszkującej las. Chcą w ten sposób uchronić miasto przed zagładą. Rodzice godzą się ze stratą, dobrze rozumiejąc celowość utraty dziecka. Aż trafia na kobietę, która nie chce się rozstać ze swoją małą córeczką.
Xan, bardzo stara wiedźma, raz do roku udaje się w okolice Protektoratu. Nie rozumie dlaczego mieszkańcy porzucają w lesie niemowlę, ale zabiera je ze sobą i ratuje mu życie. W drodze do Wolnych Miast, gdzie oddaje maleństwo kochającej rodzinie, karmi je kozim mlekiem i blaskiem gwiazd. Kiedy mała Luna przez przypadek wypija również księżyc nie ma już odwrotu. Umagicznioną w ten sposób dziewczynkę wiedźma zabiera do swojego domu.

Książka przykuwa uwagę przepiękną okładką i nietuzinkowym tytułem. Magia aż wycieka z tego zestawienia, więc  żaden fan umagicznionych lektur nie może przejść obojętnie. I rzeczywiście w środku znajdujemy iście baśniową krainę. Zakropienie jej sporą ilością smutku, niesprawiedliwości i strachu podnosi nieco poprzeczkę wiekową. Książka nie nadaje się na bajeczkę czytaną dzieciakom przed snem, skierowana jest zdecydowanie do dzieciaków, które już potrafią zrozumieć potęgę samotności i strachu.

Wiedźma Xan zabiera Lunę do swojego domu. Wraz z najlepszym przyjacielem – starożytnym bagiennym potworem – Glerkiem i Absolutnie Tycim Smokiem Fyrianem postanawiają otoczyć dziewczynkę opieką i nauczyć ją władać magią. I tutaj pojawia się główny problem książki. Fragment, w którym Luna jest uczona, choć nie pozbawiony niebezpiecznych komplikacji i uroczych momentów, jest po prostu nudny. Zajmuje to dużą część książki, myślę, że przynajmniej połowę, którą bym najchętniej wycięła i zapomniała. Polega na powielaniu bardzo zbliżonych do siebie sytuacji aż do chwili, w której można już ruszyć dalej, czyli do finału. Nie jest ani zabawnie, ani wzruszająco, czy jakkolwiek emocjonująco. Po prostu boleśnie monotonnie.

Książka napisana jest dosyć trudnym dla dzieci, lirycznie-wzniosłym tonem. Mnie to odpowiada. Bardzo lubię, kiedy autor opisując przeżycia i emocje ociera się, albo nawet lekko zagłębia w poezję, ale czy spodoba się to dziecku? Nie sądzę. Wyda się to dziwne, być może trudne do zrozumienia i nadmiernie patetyczne. Poza tym wielowątkowość, która dla mnie była plusem będzie dla dziecka dezorientująca. Zbyt wiele perspektyw może się w końcu pomieszać.
I tym sposobem wpadłam w dyskurs. Skoro książka jest zbyt monotonna dla starszego rocznika i zbyt złożona dla młodszego komu ją polecić?

Wielki finał.

Mężczyzna skoczył.
Dziewczyna skoczyła.
Szalona kobieta skoczyła.
I cały świat był pełen ptaków.

Miałam przeczucie, że warto brnąć przez tę apatycznie wlekącą się fabułę dla wielkiego finału. I miałam rację. Intuicja mnie nie zawiodła. Zupełnie jak przed burzą nagle z wielkiej ciszy zerwał się wiatr i zamieszał dosłownie wszystkim. Ostateczna „bitwa” była bardzo satysfakcjonująca, choć bez żadnego elementu zaskoczenia. Morał z tego taki, że autorka nie do końca radzi sobie z elementem obyczajowym. Czyżby sama się nudziła pisząc go?

Podsumowując:

„Dziewczynka, która wypiła księżyc”, jest w gruncie rzeczy wartościową bajką. Opowiada o walce dobra ze złem, smutku z radością i tego co łatwe z tym co słuszne. Błędem autorki było przede wszystkim to, że nieścisłości w fabule zakryła tym, że bajka rządzi się własnymi prawami i może robić co chce. Coś na zasadzie zasłony dymnej, puszczonej na pewne istotne fakty, które mogłyby bardziej pobudzić wyobraźnię i przywiązać nas jakkolwiek do bohaterów. Były w niej wielkie przyjaźnie, poświęcenie i olbrzymia odwaga, których wagi nie odczułam. Dlaczego? Zabrakło tej najprawdziwszej magii, którą są emocje.

Moja ocena: 6/10

– Poeta mawia, że niecierpliwość znamionuje istoty małe: pchły, kijanki i muszki owocówki. Ty, mój skarbie, jesteś czymś o wiele więcej niż muszka.