„Gałęziste”

Karolina i Tomek wyjeżdżają na długi świąteczny weekend. Za cel swojej podróży wybierają Suwalszczyznę. Żyzne tereny pełne historii sięgającej wielu setek lat wstecz. Obydwoje mówią, że chodzi po prostu o odpoczynek, ale każde ma w podświadomości swój własny cel. Karolina uważa, że kilka dni sam na sam podreperuje kulejący związek. Tomek z kolei uznaje to za doskonały pretekst do ucieczki przed rodzinnym spędem.
Już na miejscu zaskakuje ich niefartowna sytuacja. Niekompetentni najemcy lokum, w którym młodzi mieli się zatrzymać na te kilka dni, zapomnieli o ich przyjeździe. Poczuwając się do odpowiedzialności organizują im pokój w wiosce nieopodal miejsca i pokrywają koszty pobytu. Usatysfakcjonowani urlopowicze udają się do Białodębów, gdzie kilka domków na krzyż, ulokowanych w pięknym lesie, wydaje się być doskonałą bazą wylotową do wszystkich rejonów, jakie chcą zwiedzić.

To miejsce to gniew. Gniew jest tym miejscem.

„Gałęziste”, to debiutancka powieść Artura Urbanowicza. Akcja książki toczy się w czasie Triduum Paschalnego. I nie bez przyczyny bo to najważniejszy okres dla chrześcijan i najbardziej wyróżnia ich z tłumu…
Urokliwa wieś w okolicach Suwałk (nie Suwałek!) jakoś wcale nie zachwyca ani czytelnika, ani bohaterów. Zarówno jedni jak i drudzy od samego początku czują bliżej nieokreślony niepokój. Właściwie niepokój jest tym uczuciem, które czasami samo, czasami w towarzystwie innych emocji, towarzyszy nam od okładki do okładki. I bardzo słusznie, bo już wkrótce zaczynają się dziać rzeczy niewytłumaczalne. Rzeczy, które każdy umysł upycha na półkę z przewidzeniami, i wszelkiej maści „wydawało mi się”. Rzeczy, przez które zarzekłam się, że już w życiu nie wejdę do lasu, po czym dwa dni później wlazłam w sam jego środek, żeby zrobić zdjęcie książce!

Tak naprawdę do ostatniej chwili nie wiedziałam czego się po lekturze spodziewać. Miałam tylko mgliste wyobrażenie, po zapewnieniu, że wywołuje dreszcze. No i nie mogłabym się spodziewać czegoś takiego po debiucie!

To świetnie napisana powieść grozy z doskonale przemyślaną, nie mającą żadnych (rzucających się w oczy) luk, fabułą. Myślę, że kluczem do dobrego odbioru tej książki jest przede wszystkim realizm. Wręcz atakuje już od pierwszej strony, od pierwszego wątku i w doskonałym stylu trzyma do końca. Polega głównie na naturalnym zachowaniu i wymowie bohaterów. Chociaż tutaj pojawia się taka mała dygresja, bo jak to się mówi „na dwoje babka wróżyła”. To co pasowało mnie, nie wszystkim musi się spodobać. Według mnie nie da się w sposób rzeczywisty odwzorować dialogu młodych ludzi, nie używając do tego wulgaryzmów i pewnych niedociągnięć językowych. Nie mówię o płynnej łacinie ani o dialekcie młodzieżowym znanym tylko wtajemniczonym. Chodzi mi o rzucenie jakimś „K” czy też „Ch” w przypływie emocji. Mnie w tego typu powieści swoboda językowa bardzo odpowiada, ale wiem, że są osoby szukające piękna nawet w scenach mordu, więc…
Kolejnym atutem jest doskonała znajomość suwalskiej topografii. To rodzinne tereny autora i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, ale mimo to zasługuje na pochwałę. Co prawda opisanie dokładnego rozkładu ulic w Suwałkach strasznie mnie irytowało. Zakrawało to już o mapę spisaną słowami. Jednak oprowadzenie po okolicznych terenach z dokładnymi opisami ulokowania i charakterystyki krajobrazu wpłynął bardzo pozytywnie. Szybko rozrysowała się w mojej głowie mapka i pozwoliła jeszcze dokładniej śledzić losy bohaterów.

Patrzą, ale nie widzą. Wąchają, ale nie czują.

Co mi się spodobało najbardziej? Coś, co kiedy tylko zauważę, wielbię nieskończenie. Urbanowicz odrobił pracę domową. Doskonale wiedział o czym pisze. Z każdej linijki przebija ta pewność i rozeznanie z tematem. Zarówno krajobrazowym jak i historycznym. Zachwyciły mnie podania i legendy, zachwycił kawałek suwalskiej historii, która stała się kanwą mrożącej krew w żyłach powieści. Od razu wygooglowałam pewne mroczne cmentarzysko i rzeczywiście mogłam się przekonać jak trafne są książkowe opisy. Poza tym autor odważnie drąży tematy tabu, nie boi się trudnych dyskusji. Mimo lekkiej i bardzo przystępnej formy pisania tekst jest miejscami zaskakująco inteligentny i dający do myślenia.

Jak najbardziej polecam i gorąco zachęcam. To satysfakcjonujące, kiedy mogę podsunąć coś dobrego i do tego rodzimego. Lubię odkrywać takie polskie perełki. Książka dla każdego, kto lubi poczuć na grzbiecie dreszcz grozy. Do ostatniej strony nie można być pewnym co tak właściwie jest prawdą, a co misternie tkaną zagadką, bo książka to jedna wielka i zawiła tajemnica. Ciągła niepewność, niepokój, schizofreniczne sceny, intrygujące historie, ciekawi bohaterowie i zjawiskowa Suwalszczyzna. Jawa mieszająca się z koszmarem sennym. Myślę, że znalazłoby się kilka debiutanckich błędów, ale tak właściwie to nikną przy całokształcie.
A zakończenie… Mistrzostwo. Aż chce się krzyczeć i to wcale nie ze strachu.

Moja ocena: 8/10

Karolina przemogła się, wzięła głęboki oddech i powoli odwróciła się w lewo. Jej sztywny do granic możliwości kark aż trzasnął.
Nic.
Z duszą na ramieniu odwróciła więc tym razem głowę w prawo.
Także nic.
Już wiedziała. W tym samym momencie coś skapnęło jej na głowę.