„Idealna żona”

Kitty Hamilton przyjeżdża do Tanganiki z wielkimi nadziejami na nowe życie. Ekscytująca przygoda na drugim końcu świata może być tym, czego ona i Theo potrzebują, żeby odzyskać równowagę po skandalu, który omal nie zniszczył ich małżeństwa.
Ale w tym dzikim i obcym kraju zaczynają budzić się jej marzenia. I chodzi o coś więcej niż marzenia o byciu idealną żoną. Gdy stare rany zaczynają się odzywać, a nowe pragnienia rozpalać, Kitty i Theo muszą stawić czoło uczuciom, które pchną ich poza granice tego, co dotąd znali i w co wierzyli.
Głęboko poruszająca opowieść o walce między obowiązkiem a pragnieniem – i potrzebą podążania za głosem serca, bez względu na to, dokąd cię to zaprowadzi.

Bardzo lubię książki pisane przez mieszkanki egzotycznych krajów, opisujące życie w tych niezwykłych miejscach. Katherine Scholes jest wybitnie barwna pod tym względem, ponieważ urodziła się w Tanzanii, później wyjechała z rodzicami do Anglii. Z Anglii przeniosła się do Tasmanii, żeby ostatecznie osiąść z mężem w Melbourne. Sięgając po „Idealną żonę” nie spodziewałam się niczego ponad eksplozję, tak ukochanych w naszej jesiennej szarudze, tropikalnych klimatów.

Książka przenosi nas w lata 40/50 ubiegłego wieku, kiedy to rząd brytyjski podejmuje się zasadzenia na gigantycznym terenie Tanganiki orzeszków ziemnych. Mąż Kitty zostaje obsadzony na kierowniczym stanowisku, a młoda małżonka wkrótce do niego dołącza. Stając w elicie kobiet, w Afrykańskim miasteczku robotniczym i mając na sobie piętno skandalu, w jakim wzięła udział mieszkając w Anglii, bohaterka postanawia zostać przykładną i wzorową żoną. Z pełną pokorą staje u boku Theo, byłego oficera brytyjskiego lotnictwa.

Tak jak przypuszczałam jak tylko Kitty stawia stopę na lotnisku w Tanganice uderza nas powiew afrykańskiego wiatru. Autorka wręcz bajecznie oddała klimat i warunki, jakie przywitały bohaterkę. Poziom nie opada aż do samego końca. Warunki pogodowe, fauna i flora, dzikie ludy Czarnego Lądu i biali, którzy wszystko biorą w posiadanie. Dosłownie zasysa nas to do tej książkowej krainy. Realizm miejsca porywa i chwyta za serce.

Przyznam jednak, że o ile mogłabym bez końca przechadzać się po afrykańskiej ziemi z taką przewodniczką jak Katherine Scholes, to fabuła rozgrywająca się w doskonałej scenerii już tak doskonała nie była.
Mamy kilka wątków, w których możemy przebierać według uznania. Głównym jest oczywiście los pani Hamilton. Jak się odnajdzie w tym świecie. Czy uda jej się odegrać rolę idealnej żony i potulnie stać u boku męża. Czy okiełzna swój temperament i nieustanną potrzebę działania na rzecz herbatek w towarzystwie nowych przyjaciółek. Ale nie tylko o tym mowa. Są też inne idealne żony szacownych małżonków. Bardzo szybko odkrywamy, że tak naprawdę żadna z nich nie jest nawet bliska ideałowi. Mamy różnice klasowe i rasistowskie traktowanie tubylców. Powoli i stopniowo poznajemy również ciemną stronę tego rajskiego miejsca. I mimo że wszystkiego jest tak dużo, wlecze się to w książce w nieskończoność.
Powieść ma tę cechę, którą niestety nie do końca trawię. Wszystko w niej dzieje się w swoim czasie. Powoli, leniwie, tak jak leniwie i powoli staramy się poruszać w czasie tropikalnego upału. I o ile akceptuję takie zagranie jeśli fabuła jest wciągająca, a w pewnym momencie nadchodzi taki epicki moment wstrząsający sercem, o tyle tutaj naprawdę było… powolutku i spokojnie.

Książka jest idealną lekturą na ciepłe dni. Możemy wtedy uciec w to lenistwo, podkręcić temperaturę, wyimaginować sobie jeszcze lepiej obszar, w którym poruszają się bohaterowie. Odpocząć przy niej. Stać się jedną z żon idealnych, której głównym celem jest ukrycie mniejszych i większych grzeszków. Niestety ja oczekiwałam czegoś więcej. Czegoś, co powszechnie nazywamy „tym czymś”.

Moja ocena: 6/10

Wciągnęła gwałtownie powietrze na widok piękna roztaczającego się przed nią. Jak okiem sięgnąć szeroka równina biegnąca do podnóża wzgórz. Szerokie partie nagiej czerwonopomarańczowej ziemi były poprzetykane zagonami buszu, kępami złocistej trawy i wielkimi baobabami o szerokich, żłobkowanych pniach i dziwnych poskręcanych gałęziach bez liści. […] A wyżej bezchmurny błękit nieba.