„Igrzyska śmierci” (tom 1)

Panem. Państwo zbudowane na gruzach Ameryki Północnej ze stolicą w Kapitolu. Kapitol jest futurystycznym szczytem luksusu, dobrobytu i ekstrawagancji, co aż poraża w stosunku do dwunastu dystryktów otaczających go. W moim pierwszym skojarzeniu, to coś na kształt obozów pracy. Kiedyś było ich trzynaście, ale po rebelii jaka wybuchła na znak protestów przeciwko okrutnej dyktaturze, dystrykt trzynasty zostaje dla przykładu zrównany z ziemią. Taki pokaz sił. Oto co się stanie, jeśli nam się sprzeciwicie. Dla upamiętnienia występku, jakim jest bunt głodujących poddanych Kapitol co roku przypomina im, co będzie się działo, jeśli uniosą się raz jeszcze. Co roku dla przypomnienia, czym dla dzierżących władzę jest przeciętny obywatel, zbierają krwawą daninę. Organizują Igrzyska Głodowe. Biorą w nich udział, wybrane w drodze losowania, dzieci w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Z każdego dystryktu jedna dziewczyna i jeden chłopak zostają trybutami witanymi w stolicy jak prawdziwe gwiazdy. Otoczeni największym luksusem i atencją zostają przygotowywani do walki. Kapitol rzuca swoje gwiazdy na specjalnie przygotowaną arenę, żeby stoczyły ze sobą walkę na śmierć i życie. Zwycięzca może być tylko jeden.

?…publiczność okazuje największe nieposłuszeństwo, na jakie jest w stanie się zdobyć. Milczy. W ten sposób mówimy, że nie ma zgody. Nie ma aprobaty. Wszystko jest nie tak.?

Pierwszy raz najpierw obejrzałam film, a później przeczytałam książkę. Dlaczego to zrobiłam? Bo po wyjściu z kina (z drugiej części) nie mogłam się doczekać kolejnej i musiałam wiedzieć wcześniej, jak to się skończy. A przecież nie zacznę czytania od trzeciej części! Pierwszy raz zrobiłam coś takiego i byłam pewna, że któraś wersja (najpewniej filmowa) okażę się tą gorszą. Niespodzianka. Brawa dla reżysera, scenarzysty, czy kto tam jest za to odpowiedzialny, ale film minuta po minucie, dialog po dialogu, scena po scenie idealnie odwzorowuje wersję papierową. Rzadko zdarza się, że ekranizacja tak doskonale odwzorowuję książkę.

„[…] gdy przyjdzie co do czego, na pewno będę zabijał jak wszyscy. Nie odejdę bez walki. Po prostu usiłuję znaleźć sposób na to, że jestem kimś więcej niż zaledwie pionkiem w ich igrzyskach.”

Ale teraz o samej książce.
Już od pierwszej strony, od pierwszego „rozejrzenia się” po dwunastym dystrykcie oczami Katniss staje się wiadomym, że książka nie pozwoli się tak łatwo odłożyć na regał. Rozpoczynamy przygodę w dniu, którego co roku boją się wszyscy mieszkańcy dystryktów. W dniu Dożynek, na których wybiera się kolejnych trybutów, mających stoczyć krwawy pojedynek. Władze nie tylko odbierają w tym dniu bezbronne dzieci, wyrywając je z rodzin, żeby złożyć sobie w ofierze, ale również zmuszają przy tym zamęczonych nędzą i głodem mieszkańców do świętowania z tej okazji. W tym roku na podium staje Katniss Everdeen ratując tym samym swoją małą siostrę i Peeta Mellark, chłopak, który kiedyś bardzo jej pomógł. Tym razem igrzyska mają się potoczyć zupełnie zaskakująco dla ich organizatorów. Katniss i Peeta maja bardzo dobrych opiekunów, którzy (w wolnym tłumaczeniu) są doskonałymi marketingowcami i zwracają na parę uwagę wszystkich sponsorów. Jakie to przyniesie korzyści, a jakie ofiary w ostatecznym starciu? I czy dwoje ludzi, którzy przecież mają się zabić, bo zwycięzca może być tylko jeden będzie w stanie ze sobą współpracować?

„Katniss Everdeen. Dziewczyna, która igra z ogniem”

Realizm środowiska, wydarzeń i emocji otoczył mnie ścisłym pierścieniem i nie chciał wypuścić przez całą lekturę. A realizm w powieści fantasy, to dla mnie nie lada wyczyn! W tym przypadku często zapominałam o całym świecie przenosząc się na arenę zdarzeń. Collins potrafi świetnie ująć emocje. Robi to tak, żeby nie musieć pisać „teraz się boję, a teraz jestem szczęśliwa”. Nie nazywa ich, ale opisuje, co się czuje przy dajmy na to, panice. Dzięki temu mentalnie odczuwamy ją po stokroć. Wir przygody jest niesamowicie wciągający, a głód poznania tego dziwnego, okrutnego świata rośnie z każdą stroną. Zwykle, kiedy autor daje nam chwilę odpoczynku i przez jakiś czas nic się nie dzieje czytam szybciutko nie mogąc się doczekać kolejnej akcji. W „Igrzyskach śmierci” ocierałam niewidoczny pot z czoła i oddychałam z ulgą. Uff, w końcu odpocznę. Byle jak najdłużej. Najbardziej godne uwagi było to, że znałam już doskonale ciąg dalszy, a i tak wielokrotnie wstrzymywałam oddech.

?Szczęśliwych Igrzysk Głodowych! I niech los zawsze wam sprzyja!? 

Świetny pomysł, wartko przeprowadzona akcja, brak zbytecznych kwiecistych opisów, konkrety i fakty. A przygoda iście bajkowa. Z takiej okrutnej bajki! Na pewno nie tej czytanej dzieciom na dobranoc.
Polecam, a lada chwila zabieram się za kolejną część z cyklu.

Moja ocena: 8/10