inkub recenzja
inkub recenzja
„Inkub”

Vytautas Česnauskis, policjant na wpół litewskiego pochodzenia, zaczyna się interesować pewną maleńką wsią na Suwalszczyźnie. W Jodoziorach dochodzi do serii dziwnych i tragicznych zdarzeń. Po tym jak zostają odnalezione spopielone zwłoki małżeństwa podejrzewa się promieniowanie, bądź skażenie chemiczne. Policja łapie się czegokolwiek, bo nikt nie potrafi wyjaśnić jak doszło do takiej sytuacji. Kiedy ginie młody policjant, uruchamia się szósty zmysł Vytautasa. Chłopak tuż przed popełnieniem samobójstwa wyznaje mu, że wioska jest nawiedzona. Policjant odnajduje dziennik chłopaka, w którym opisane są dziwne zjawiska, mające miejsce w Jodoziorach. Pojawiające się zielone światło, nieznane odgłosy, choroby dręczące miejscowych i olbrzymi niepokój odczuwany w pobliżu jednego z opuszczonych domów. Podobno w latach 70-tych mieszkała w nim kobieta uważana za czarownicę…

Policjant rozpoczyna śledztwo na własną rękę, angażując w to przyjaciela. Zostają na kilka nocy w domu sąsiadującym z tym nawiedzonym i obserwują okolicę. Niepokój wzbudza dosłownie wszystko. Łącznie z gospodarzami, którzy udzielili im gościny. Zmysł Vytautasa nie zawodzi. W wiosce rzeczywiście zaczyna się dziać coś, co przekracza możliwości pojmowania. Chyba że otworzyć umysł na zjawiska nadnaturalne…

Tak, jak już wcześniej mówiłem, jestem pisarzem. Piszę grozę. – Vytautas ciągnął swoją, w jego mniemaniu idealną do tej operacji bajeczkę. – Osadzam je na naszej ukochanej Suwalszczyźnie. Mieszkam tu od urodzenia, znam te tereny dość dobrze i przynajmniej nie mam trudności z opisami. Jeden problem z głowy. Chcę tym samym promować nasz trochę zapomniany przez resztę Polski region.
– Grozą? Nigdy bym nie wpadła na pomysł, by cokolwiek reklamować w ten sposób.
[…]
– Wbrew pozorom, w tym szaleństwie jest logika.

Jest jak nie wiem co.
Trzecia powieść Artura Urbanowicza to tomiszcze liczące sobie przeszło siedemset stron. Jest olbrzymia. Pełna tajemnic, zawiłości, niebezpieczeństwa i pułapek. Dwutorowa fabuła przenosi nas z wydarzeń w Jodoziorach w latach 70-tych ubiegłego stulecia do wydarzeń obecnych, w tym samym miejscu. Podczas kiedy my, zaglądając w przeszłość, powoli odkrywamy tajemnicę, policjant musi dochodzić wszystkiego samodzielnie. I przyznam, że jest to zachwycające, ponieważ rzeczywiście używa do tego śledztwa najczystszej logiki, umiejętności dedukcji i łączenia faktów, oraz talentu do zadawania trafnych, nierzadko podchwytliwych pytań. Jest to jednocześnie największa zaleta jak i największa wada książki. Byłam tak zafascynowana precyzją toku myślowego w prowadzonym dochodzeniu, że częściowo przyćmiło to moje odczuwanie powieści jako horroru.

Głównym atutem książki jest oczywiście klimat. Zawiązuje się bardzo wyraziście już na pierwszej stronie. Gęsty, mroczny, wywołujący głęboki niepokój. Na kartach powieści wszystko jest martwe, pozbawione energii, otoczone stęchlizną i pokryte pyłem. Takie odnosi się wrażenie. Czytając fragmenty stricte horrorowe czułam się, jakbym oglądała film. Przed oczami nie miałam liter, a najprawdziwsze sceny. Do uszu nie docierały dźwięki otoczenia. Przynajmniej nie mojego. Wszystkie opisy i sytuacje niewiarygodnie pobudzały wyobraźnię.
Sam Vytautas bardzo pomaga osiągnąć efekt realizmu. Choć jego poziom odwagi i determinacji jest wysoki, zdarza się, że strach zupełnie go paraliżuje. Jest bohaterem posiadającym swoje silne strony i słabości. Ma instynkt śledczy, prawdopodobnie jest wybitny pod tym względem. Jego słabością jest jednak prywatne pole działania. W tym miejscu się potyka, jego nogi wręcz rozjeżdżają się na dwie różne strony. A zło to wyczuwa. I potrafi wykorzystywać słabości wrogów.
Co pozwala więc nie oszaleć ze strachu nim dobrnie się do końca? Poczucie humoru!

Poczucie humoru wypływa tak naturalnie jak naturalna może być rozmowa między dwojgiem ludzi. I jest nieprzeciętnie dobre. Nie ma co ukrywać, że źródłem dowcipu najczęściej jest policja. Zwykle przedstawiana w literaturze w sposób prześmiewczy, wykpiwany, a nawet obraźliwy tutaj jest sympatyczna, zabawna i ogólnie bardzo pozytywna. Vitek, z natury nieśmiały i dobroduszny, kontra jego partner, pewny siebie i przebojowy Czester, dostarczają całej masy rozrywki.

Każda książka ma swój stopień przewidywalności. Mniej lub bardziej dokładnie potrafimy odgadnąć jak się zakończy, bądź w którą stronę zakręci. Nie inaczej jest w przypadku „Inkuba”, ale Artur Urbanowicz przekuł to na zaletę książki. Wcale nie ukrywa przed czytelnikiem która osoba jest podejrzana, jaka decyzja doprowadzi do złych konsekwencji i do czego dążą poszlaki. Nie stara się otulić wszystkiego złudną mgłą. Pisze jasno jak jest, ale zakończenie i tak spada jak dzwon. Wybrzmiewa w uszach jeszcze przez długi czas po odłożeniu książki. Wywołuje nie tyle szok, co autentyczny podziw dla umiejętności pisarskich. To już trzecia książka autora, której finał łamie wszelkie standardy i stereotypy. Co więcej uważam, że Urbanowicz zaczął tworzyć coś, co na stałe zapisze się w historii literatury, stworzy nowy podgatunek horroru i obali teorię mówiącą, że król jest tylko jeden.

Podsumowując

Artur Urbanowicz po raz kolejny sięga w najgłębsze czeluście piekła, żeby stworzyć dla nas to mrożące krew w żyłach dzieło. Wyłamuje się konwencji horroru, stwarzając coś unikatowego, zupełnie nowego i cholernie dobrego. Spod jego pióra wypływa matematycznie precyzyjne, rozbudowane dochodzenie paranormalne, które rozjeżdża się na cztery dekady ludzkiego życia. Książka angażuje czytelnika w sposób, którego nie spotkałam nigdzie indziej. Dochodzi do miejsca, w którym autor mówi wprost, że w tym i tym punkcie zaszło coś, co ma swoją przyczynę, przebieg i skutek. Ale jeśli chcesz wiedzieć co, wydedukuj to sam. Tym sposobem dosłownie wchodzimy w skórę bohatera.
Boję się używać słowa „wybitna”, bo nie mnie to oceniać w takiej skali, ale dokładnie to słowo krąży mi po głowie. Dlatego, że sposób, w jaki mnie wciągnęła był nasączony magią. Siedemset stron odczułam jak najwyżej trzysta. Dlatego, że wystraszyła mnie głęboko osadzonym rodzajem pierwotnego strachu. Dlatego, że przedstawia genialny zlepek faktów, które autor zdobył o pięknym suwalskim regionie. Dlatego, że jej błyskotliwości może dorównać tylko kolejna książka Urbanowicza.
Jeśli chcecie poznać różnicę między wiedźmą a czarownicą, jeżeli ciekawi Was czym różni się inkub od sukkuba, jeżeli chcecie zaznać na własnej skórze jak wygląda perfekcyjnie skomponowana fabuła i jeżeli wybieracie Suwalszczyznę za cel wakacyjnych wojaży  – musicie to przeczytać!

10/10

Oczy, te zwierciadła duszy, które jak nic innego oddają stan naszego umysłu. Patrzysz w nie i wiesz prawie wszystko.