„Kiedy odszedłeś” (t.2)

Will odszedł. Na własne życzenie. Uwolnił rodziców od obciążenia, porzucił swoją opiekunkę i postanowił umrzeć. Samolubne czy też nie – kwestia podejścia.
Lou odczytuje list od ukochanego i dzielnie stara się sprostać jego ostatniej woli. Po prostu żyć. Rozwinąć skrzydła i lecieć, nie oglądając się za siebie. Podróżuje, podejmuje kursy, ale szybko dociera do niej świadomość, że wszystko to robi na siłę. Nic jej nie cieszy, nic nie sprawia przyjemności. Błyskawicznie zaszywa się w swoim mieszkaniu i oddaje rozpaczy.
Czy poradzi sobie ze stratą, da radę uwolnić od widma Willa?

Ponieważ książki nie da się wartościowo poznać bez przeczytania części pierwszej, ufam, że żadnemu z Was nie przyjdzie coś takiego do głowy.
Pierwsza część (Zanim się pojawiłeś recenzja)mimo wszechobecnych wowów mi się najzwyczajniej nie podobała. Do bólu przewidywalna, trywialna w budowaniu wzruszeń. Przede wszystkim na jej niekorzyść działała główna bohaterka, która irytowała mnie bez reszty swoją ciapowatością i… w zasadzie chyba najbardziej tym, że poza tym nie wnosiła nic ciekawego w historię. Sytuacja w części drugiej (której konieczności powstania nie rozumiałam) jest identyczna. Mamy ciekawe momenty, ciekawe postaci drugoplanowe, a Lou… Lou jest po prostu nuuudna.

– Poszłyśmy potańczyć – odparła Lily. – Próbuję namówić Louisę, żeby nie była takim nudnym, starym piernikiem.

Mimo wszystko autorka podjęła próbę ratowania swojego dzieła i wyszło jej to całkiem nieźle.
Poza niezaprzeczalnymi gwiazdami części poprzedniej – rodzicami Lou – pojawiają się nowi bohaterowie. Lily – zbuntowana nastolatka i Sam – pomocny sanitariusz. Zarówno jedno jak i drugie wdziera się w jej monotonne pogrążone w żałobie życie w sposób dosyć nieoczekiwany, czym od razu zaskarbia sobie sympatię wymęczonego depresyjnymi opisami czytelnika. Nowe postaci pobudzają w Lou chęć działania, sprawiają, że zaczyna jej się chcieć w sensie jak najogólniejszym. Masa przygód, mniej lub bardziej zabawnych, zbliża ich ze sobą. Nim Lou się spostrzega okazuje się, że zależy jej na nich i tutaj pojawia się dosyć schematyczny bunt. Czy będąc szczęśliwą zdradzi Willa?

Przepraszam wszystkich fanów, których ranię tym płytkim podejściem do tematu. Uwierzcie mi, że jestem bardzo podatna na ckliwości i łatwo mnie wzruszają krzywdy książkowych bohaterów, ale historia Willa i Lou nie wywarła na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Nie płakałam za nim, a nawet rozumiałam i szanowałam jego decyzję, dlatego teraz kompletnie nie czułam tej żałoby, którą przeżywała Louisa. Aczkolwiek rzeczywiście należy zwrócić uwagę na ładne poprowadzenie wątku godzenia się ze stratą. Bunt, wyparcie, niezrozumienie, rozpacz, a w końcu ciche powolne leczenie ran, zostało opisane subtelnie, krok po kroku. Wyjaśnienie, że przecież ten smutek to nic złego, że jest naturalną reakcją, tylko trzeba się w odpowiedniej chwili z niego otrząsnąć.

Jeśli podsumować przesłanie powieści, można by stwierdzić, że opisuje ona wiele odcieni smutku. Rozpaczy, osamotnienia, złości rodzącej koniec końców żal. Lou zaczyna działać jak magnes, gromadzi wokół siebie zagubione dusze i tak bardzo angażuje się w ich pomoc, że w pewnym momencie zaczyna widzieć swoją tragedię perspektywicznie.

Jeśli przeczytaliście część pierwszą to bez względu na to czy wam się podobała uważam, że warto sięgnąć po drugą, bo opisuje zupełnie inną, dosyć ciekawą historię. Jeśli natomiast przeczytaliście już część drugą, która pod koniec wzruszyła mnie dużo bardziej niż pierwsza, to chętnie podyskutuję o waszych wrażeniach.

Moja ocena: 6/10

Nagle poczułam radość z tego, jaki on jest solidny w tym świecie, w którym tak łatwo upaść.