„Kosogłos” (tom 3)

 

„Nazywam się Katniss Everdeen. Dlaczego jeszcze nie umarłam? Powinnam być martwa. Byłoby lepiej dla wszystkich, jeśli byłabym martwa…”

Zaczynamy dokładnie w miejscu, w którym zaczynały się poprzednie części trylogii. W dystrykcie. Katniss nas oprowadza, objaśnia panujące zasady i przedstawia nowe postaci. Różnica polega na tym, że to dystrykt trzynasty, bo dwunasty już nie istnieje. Dwunastka została zrównana z ziemią w zemście za to, że Katniss została zabrana z areny przez rebeliantów. Przeżywa garstka mieszkańców, których Gale wyprowadza do lasu.
Katniss zostaje uratowana w krytycznym momencie. Długo dochodzi do siebie, jej ciało pokrywają blizny, a psychika stoi na krawędzi stromego urwiska.
Spotykamy starych druhów. Jest wściekły na wszystko Haymitch, jest stary przyjaciel Gale, znajdujemy matkę Katniss i jej siostrę Prim, genialnego Beetee, bezczelną Johannę, przystojniaka Finnick’a i… nie. Peety nie ma. Peeta nie zdołał się uwolnić z areny, więc stał się zakładnikiem Kapitolu. Spotykamy starych druhów, ale żaden z nich nie jest już tym, kim był „kiedyś”. „Kiedyś” to magiczne słowo oznaczające coś, co już nigdy nie wróci.
Nikt nie jest już taki sam. Haymitch chyba jeszcze nigdy tak doskonale nie wypełniał roli mentora, Gale okazuje się doskonałym żołnierzem, Johanna za krnąbrnością chowa strach, a Finnick szaleje z niepokoju o swoją ukochaną (okazuje się całkiem mądrym facetem).
Poznajemy również kilka nowych osób. Do jednych pałamy sympatią, innych chętnie pozbylibyśmy się czując nadciągające kłopoty. Ale wszyscy mają jeden cel, wszyscy dążą do jednego. Przekonać Katniss. Zdruzgotaną, załamaną dziewczynę postawić na nogi i uczynić twarzą, sercem i duchem rewolucji.

Ktoś staje obok mnie, wyczuwam jego napięcie. To Finnick, rzecz jasna, bo tylko zwycięzca Igrzysk może tak szybko dostrzec to samo co ja – arenę usianą kokonami pod kontrolą organizatorów. Finnick muska palcami jednolitą czerwoną poświatę nad progiem.
-Panie i panowie…
Jego głos brzmi cicho, ale mój donośnie rozbrzmiewa w całym pomieszczeniu:
-Siedemdziesiąte Szóste Głodowe Igrzyska uważam za otwarte!

Może zacznę od wyjaśnienia utworu i tekstu z początku recenzji. Jest to piosenka, którą ojciec Katniss śpiewał podczas ich wspólnych polowań. Przewija się kilkukrotnie w bardzo kluczowych momentach i doskonale oddaje klimat powieści. Staje się ona swoistym hymnem rewolucji.
Po skończeniu książki odczekałam kilka dni z podzieleniem się nią z Wami. Nie chciałam żeby opinia była wypełniona moimi wzburzonymi emocjami. Teraz postaram się to zrobić tak bardzo na zimno jak to tylko możliwe. Przez te dni bardzo zawzięcie szukałam jej minusów. I znalazłam, tyle, że obaliłam je krótką chwilę później.
Zaskoczenie, to pierwsze co nasuwa mi się na myśl. Skończyła się groźna przygoda jaką była pierwsza część, skończyło się okrutne dej? vu z drugiej części. Skończyła się bajka. Kosogłos jest brutalnym, krwawym, bezwzględnym i ostatecznym rozwiązaniem reżimu Kapitolu.

Moje zarzuty były następujące.
Książka jest częściowo przegadana, nie ma tak wartkiej i porywającej akcji jak w części pierwszej i drugiej. Nie istnieje coś takiego jak scena kulminacyjna. Po prostu rzecz się dzieje i nagle się kończy. Szybko anulowałam to jako wady i przypisałam niebanalności. Katniss nie staje przed nami jako superbohater, chociaż jako twarz (maskotka) rewolucji ma lśniący strój i wybajerzone zabawki. Staje przed nami zwyczajny, przerażony, zagubiony, słaby człowiek. Młoda kobieta, która została zniszczona psychicznie, zmaltretowana fizycznie i na koniec zmuszona do uśmiechu.

Pozbierać się jest dziesięć razy trudniej, niż rozsypać.

Gdyby nie jej dobre serce, które nie mogło się zgodzić na dalsze dyktatorskie ciemiężenie, na krzywdzenie niewinnych ludzi, gdyby nie przyjaciele, którzy jej nie opuścili, ale też nie płakali razem z nią, zmuszając ją w ten, czy inny sposób do reakcji, Katniss byłaby roztrzęsionym, cierpiącym wrakiem.
Przegadanie było fantastyczne. Nie wierzę, że to piszę, ale nie mogłam się oderwać od jej ciągłych przemyśleń i analiz. Realizm wypowiedzi nie psuł ani trochę odbioru. W książce wypowiadali się prawdziwi ludzie, a nie kukły wymyślone przez pisarza.
Co do sceny kulminacyjnej, to chyba każdy kto przeczyta zgodzi się ze mną, że dzieje się, dzieje i nagle koniec. Ale każdemu komu się to nie podobało chciałbym przypomnieć bardzo ważne książkowe słowa.
(SPOILER!!)
Kapitol nigdy nie był silny. To w dystryktach toczyło się prawdziwe życie, a stolica bez nich była tylko zamkniętą twierdzą bez możliwości samodzielnego utrzymania się. To dystrykty były samowystarczalne, to one miały żołnierzy, inżynierów, hodowców i siłę wspólnoty. Dlatego zjednoczenie ich stało się tak ważne.

Ogień jest zaraźliwy! I jeśli my płoniemy, ty płoniesz razem z nami.

Wszystkie sceny walki, pułapki zastawione przez Snowa, sposoby ucieczek w ostatniej chwili (pozostawiając za sobą masę ofiar), zapierały dech i wywoływały gęsią skórkę. Bardzo mi się spodobało, że mimo iż Igrzysk już nie było, autorka i tak skusiła się na zbudowanie swoistej areny.  Brakowało by mi jej.
Kajjka wiem, że się będziesz śmiała jak to przeczytasz, ale kolejnym minusem, który przekształcił się w plus była śmiertelność bohaterów. Podziwiam pisarzy, którzy dzierżą pióro i nie wahają się go użyć. Pani Collins zdecydowanie się nie boi, podobnie jak pani Łupina… Początkowo się nie zgodziłam na taki rozwój wydarzeń, ale później sobie myślę, że to przecież jest walka. Wielkie ostateczne starcie. Wyobraziłam sobie jak cała grupa wychodzi z niej zwycięsko i poczułam taki kicz i tandetę, że od razu postanowiłam wspomnieć o tym w recenzji. Jak to dobrze, że Collins nie boi się zabić!!

To ja was zabiłam, myślę, mijając stertę trupów. I was. Was też.

Na końcu zabrakło mi też większego zarysu dalszych losów bohaterów. Być może przesadzam, bo jestem fanką takich finiszów, a być może rzeczywiście za mało się do końcówki przyłożyła, ale odnoszę wrażenie, że nie waży to na jakości całej książki, a nawet całej trylogii.

Wątek miłosny, który sobie zostawiłam na deser również zostaje według mnie dobrze rozwiązany. Trójkąt Peeta, Katniss, Gale istniał od samego początku. Katniss musiała wybrać pomiędzy dwoma najlepszymi przyjaciółmi. Gale’m, który był jej doskonałym partnerem w czasie polowań, znał ją na wylot i razem tworzyli doskonały zespół, a Peetą. Peeta poświęcił wszystko, żeby ją ratować, był miły, czuły i troskliwy. W filmowej wersji kibicowałam Gale’owi, bo strasznie mnie drażni aktor grający Peetę, ale w książkowej szanse były wyrównane. Szli łeb w łeb. Myślę, że wybrała dobrze 🙂

Więc kiedy szepce:
– Kochasz mnie. Prawda czy fałsz?
Odpowiadam:
– Prawda.

Ogólnie rzecz ujmując książkę uważam za bardzo dobrą, ujętą nieszablonowo, czyli zupełnie inną niż spodziewałby się czytelnik. Collins popisała się w tym w czym jest dobra, natomiast sceny z którymi prawdopodobnie poradziłaby sobie gorzej, odpuściła. I tu szacunek dla jej dojrzałości twórczej. Będę długo wspominała trylogię Igrzysk śmierci, nie mogę się już doczekać filmu.

Moja ocena: 9/10

Jako ciekawostkę dla zagorzałych fanów (ja!!) pokażę Wam filmik, jaki znalazłam szukając piosenki The hanging tree. Jest to filmik stworzony przez fanów. Pokazuje dzień w którym Katniss poszła z ojcem na polowanie. Uczył ją strzelać z łuku i śpiewał piosenkę o drzewie wisielców. Jak na dzieło amatorów, wykonanie bardzo warte uwagi 🙂

Cisza na drzewach. Słychać jedynie szelest liści na wietrze. Ale żadnego ptaka. Kosogłosa lub innego. Peeta miał rację. One naprawdę milkną, kiedy śpiewam. Tak jak to robiły dla mojego ojca.