„Kraina miłości i zatracenia”

Kraina miłości i zatracenia to wzruszająca saga rodzinna w postaci wielokrotnie nagradzanego debiutu tętniącego magicznymi rytmami karaibskich Wysp Dziewiczych.
Kiedy rozpoczyna się XX wiek, nadchodzi kres panowania Danii nad Wyspami Dziewiczymi, a władzę w tym miejscu przejmują Stany Zjednoczone. Na Morzu Karaibskim tonie statek. Śmierć bezlitośnie zbiera żniwo, a na wraku znajdują się rodzice głównych bohaterów. Dwie osierocone siostry wraz z przyrodnim bratem stają w obliczu niepewnej przyszłości i trudnej do zidentyfikowania tożsamości. Każde z dzieci jest w posiadaniu niezwykłej aparycji oraz… wyjątkowego daru, który może być dla nich błogosławieństwem albo przekleństwem.

Po książkę sięgnęłam z prostych powodów. Chciałam się wczuć w ten wspaniały duszny i egzotyczny klimat orientu. Uwielbiam go. Wyspy Dziewicze XX wieku dokładnie takie powinny być i właśnie w tak osobliwy nastrój powinny mnie wprowadzić, więc kiedy tylko zobaczyłam opis koniecznie musiałam przeczytać książkę.

Fabuła już od pierwszej strony dosłownie tańczy na pograniczu magii i realizmu. Nie do końca wiadomo co jest prawdą, a co ułudą. Klimat rzeczywiście zawiązuje się już od samego początku, ale bynajmniej nie chodzi o egzotykę miejsca. Chodzi o sekrety rodzinne, nawarstwiające się kłamstwa, intrygi i romanse, tajemne obrzędy, wątki lokalnych mitów i legend. Wszystko zasnuwa się mgłą mistycyzmu i ciężko przewidzieć co za chwilę może się wydarzyć.

Niestety ten osobliwy charakter powieści to jedyna dobra strona lektury, jaką udało mi się dostrzec.
Książka porusza pewien temat, którego niestety nie jestem w stanie zaakceptować nawet jako fikcję literacką. Zmysłowa miłość opisana w bardzo subtelny, pobudzający zmysły sposób dotyczy związku kazirodczego. Przykro mi – odpadam. Moja gigantyczna tolerancja właśnie natrafiła na stalową zaporę, przez którą nawet nie będę próbowała się przedrzeć.
Nie udało mi się również polubić bohaterów, nie dałam rady bez uczucia znużenia przebrnąć przez to, co się działo w ich głowach. Choć byli pięknie skomplikowani, mieli za sobą i przed sobą zarówno ciężkie jak i piękne doświadczenia, nie potrafiłam się polubić z żadnym z nich. Opisane na setkach stron monologi męczyły do tego stopnia, że musiałam naprawdę mocno zacisnąć zęby, żeby dotrzeć do końca. I nie wiem dlaczego, bo wszystko było bardzo oryginalne i takie niestandardowe. Ale nudne. Nie prowadziło do niczego, nie miało żadnego konceptu, nie było w tym żadnej misji ani osiągniętego celu.
Kolejna rzecz, którą zwykle w książkach uwielbiam, a której nie dałam rady ogarnąć w przypadku tej pozycji. Zmiany narracji i czasu. Każdy rozdział skakał w tę i z powrotem, a ja mniej więcej w połowie powieści poddałam się z próbami zrozumienia w którym momencie życia bohatera teraz jestem. Po prostu

Książka kusi magicznym klimatem i zapowiedzią targających emocji, ale tym razem to wszystko okazało się niewystarczające. Choć przecież zasługuje na duże brawa, bo ten region świata dla wielu z nas pozostaje tajemnicą, a autorka tak pięknie ukazuje nam go od tej zaczarowanej strony. Powinna obudzić zew przygody, chęć poznania, łamać serce. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale książka zupełnie nie przypadła mi do gustu, zmęczyła mnie. Ciekawe wątki historyczne Wysp Dziewiczych i lokalna mitologia nie wystarczyły do wypełnienia tytułowej miłości i zatracenia.

Moja ocena 3/10

Jeśli ktokolwiek w ogóle zna tę historię, to jestem ja. Dziś ludzie sądzą, że historycy to nadęte typki, ale historia to magia, którą tu uprawiam.