„Krew i stal” (t.1)
S

to pięćdziesiąt lat po powstaniu Martwej Ziemi z twierdzy granicznej wyrusza oddział żołnierzy, by wąskim przesmykiem przekroczyć zapomnianą krainę. W starym klasztorze u podnóża Smoczych Gór ukryte jest coś, co musi powrócić do królestwa, zanim Zasłona Martwej Ziemi pęknie i zaniknie.

Silny oddział pod dowództwem Dartora, starego, zaprawionego w bojach oficera, wkracza w suche stepy, by zmierzyć się z demonami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Prawdziwy cel misji zna tylko przysłany w ostatniej chwili przewodnik. Lecz nawet on – tajemniczy Arthorn – nie przypuszcza, jaki los przygotowali dla nich bogowie i jak krucha jest równowaga znanego im świata.

Krew i Stal to debiutancka powieść miłośnika walki mieczem. Jest pierwszą częścią cyklu „Kraina Martwej Ziemi” i zapowiada się naprawdę, naprawdę… Sami zobaczcie!

Powieść rozpoczynamy od momentu, kiedy drużynnik Arthorn wyrusza w swoją tajną misję. Dokładnie w tym momencie wkraczamy w niesamowity, wykreowany przez choć nowego, to już widać, że z nieprawdopodobnym potencjałem polskiego fantastę. Świat o tyle niebezpieczny, co tajemniczy, złudny i niezbadany. Martwica objęła bowiem zupełnie nieznane obszary i choć powoli ustępuje nadal nie wiadomo gdzie można bezpiecznie postawić stopę. Nieprzemyślany krok może się skończyć natychmiastową śmiercią.

Któregoś razu, podczas oglądania serialu telewizyjnego „Castle” opowiadającego o pisarzu kryminałów byłam pod wrażeniem, kiedy bohater pisząc scenę o samodzielnym uwolnieniu się z więzów kazał się związać, po czym próbował się sam uwolnić, żeby wiarygodniej oddać sytuację. Niedawno przeczytałam wywiad z autorem (nie pamiętam w tej chwili na jakim portalu), który zdradził, że w podobny sposób analizował każdą akcję swojej powieści. I to widać. Sceny walki aż iskrzą od uderzającej od siebie stali, jeśli jest hałas autor doskonale wie które skrzypce zagrać, żebyśmy go usłyszeli. Każdy krok jest dokładnie przemyślany, doskonałe przygotowanie.
Niesamowicie podobał mi się staropolski język, jaki widnieje w każdym dialogu i opisie. Mało tego, że autor bez problemu utrzymał ten stan i od początku do końca nie wkrada nam się ani krztyna teraźniejszości, to jeszcze dał radę stopniować język na ten szlachecki i wiejską gwarę. Świetna sprawa.
Bardzo ciekawym aspektem jest to, że czerpiemy z tego samego bestiariusza, co Sapkowski. W odległej podróży po krawędzi Martwicy napotykamy wiły, biesy, utopce, czarty, jak również smoki nie są niczym dziwnym. Mamy więc słowiański, a więc dużo nam bliższy wachlarz potworów do ubicia, a także słowiańskie krajobrazy i wierzenia. Wszystko otoczone niezwykłym mistycyzmem generuje nam coś, co można śmiało położyć obok klasyki.

Zbliżyli się do uskoku i w zachwycie przyglądali krajobrazowi, jaki rozpościerał się przed ich oczyma. Oto mieli przed sobą kwitnące Wondettel pełne złota zbóż, zieleni lasów, srebra rzek i błękitu jezior. Ciągnące się w dal nitkami dróg łączących wioski i miasteczka, ponad którymi górowały zamki i grodu.

Nie jestem znawcą literatury fantastycznej i nie mam na koncie oszałamiająco wiele jej pozycji, choć nie da się zaprzeczyć, że jest to jeden z moich ulubionych gatunków powieści. Głównie dlatego, że zawsze żywię niesamowity podziw dla wyobraźni, która jest w stanie stworzyć inny świat. Jego topografię, wszystkie kultury, wierzenia i do tego przeciągnąć przez niego fabułę, która swoją wartkością wciągnie nas między stronice. Pan Łukawski staje na wysokości zadania. Nie twierdzę, że książka jest idealna, bo nie jest. Jako obiektywny czytelnik mogę powiedzieć, że brakowało mi w niej poczucie humoru rozładowującego ten dosyć gęsty, niebezpieczny klimat. Długo myślałam co jest powodem i nie do końca wyciągnęłam z tego jakąś konkluzję, ale ma w sobie coś takiego, przez co ciężko się w nią „wkręcić”. Choć nie jest napisana ani zawile ani jakimś specjalnie ciężkim językiem ciężko było mi przebrnąć przez początek. Ma swoje wzloty – od których nie sposób się oderwać – i upadki – fragmenty, na których nie potrafiłam się skoncentrować. Jeśli kiedyś odkryję co jest tego przyczyną, chętnie się z Wami podzielę. Na razie nie mam pojęcia.

Jestem pod olbrzymim wrażeniem książki. Bardzo się cieszę, że mogłam tak szybko po premierze się z nią zapoznać, bo naprawdę warto promować tego typu powieści. Rzadko tekst od okładki do okładki utrzymuje się w tak ambitnym stylu, na tak wysokim poziomie, rzadko wyobraźnia autora do tego stopnia oddaje się fabule. Niezwykły świat, rycerskie walki i dziewki z podziwem wodzące za wojami. Potwory czyhające w górskich ostępach i gęstych lasach, dzikie plemiona służące wrogowi, szpiedzy i sojusznicy, niebezpieczna granica Martwicy. Wszystko to porywa do bardzo klasycznej i niezwykle malowniczej fantastyki.

Wydaje mi się, że książkę powinien przeczytać każdy fan Sapkowskiego. Sama robię jak zwykle zupełnie na przekór i po „Krwi i stali” biorę się za Wiedźmina 😉

A Wy jaki typ fantasy lubicie najbardziej? Ten klasyczny, czy może jego współczesne rozgałęzienia?

Moja ocena: 7/10

Błyskawicznie wyciągnął sierpowe ostrze i wbił je w stół.
– To jest honor! Stal, nasza i wasza, i żywot. Pomyśl, ilu więcej zginie, ilu przegra, jeśli nie będą twardą skałą.