„Legenda”

Legenda mówi, że dawno, dawno temu, gdy świat pogrążył się w chaosie, siedemdziesięcioro siedmioro ludzi wyruszyło na skrzydłach wielkiego ptaka, by szukać skrawka ocalałego lądu.

Mara dorasta na wyspie, gdzie zasady postępowania zostały raz na zawsze określone. Każdego dnia uczy się, jak funkcjonować w tym prostym, lecz trudnym i szarym świecie, a jedynym jasnym punktem jest słuchanie opowiadanej przez opiekunki Legendy. Po ukończeniu piętnastu lat wraz z siedemdziesięcioma sześcioma rówieśnicami opuszcza wyspę, by popłynąć na stały ląd. Odtąd każdy ich dzień od wschodu do zachodu słońca będzie wypełniony ciężką, jednostajną pracą. Wśród dziewcząt jest Samila, która – jak się wydaje – przyszła na świat tylko po to, by udowodnić, że życie nie polega jedynie na tym, by przetrwać.

Ludzkość zamieszkuje trzy lądy. Dla dzieci przeznaczona jest Mała Wyspa. W chwili, kiedy poznajemy główną bohaterkę żyje ona właśnie tam. Wprowadza nas w zasady rządzące światem, bo własnie na tym polega jej dzieciństwo. Jej i każdego dziecka. Mała Wyspa ma przygotować i nauczyć życia na Jedynym Lądzie, gdzie wysyła się wszystkie kobiety po osiągnięciu odpowiedniego wieku. Tam są zdane same na siebie. Nie nawiązują przyjaźni, nie wspierają się ani fizycznie, ani psychicznie. Ich jedynym zadaniem jest przeżycie. Ciężka praca od świtu do wieczora, dzięki której zdobędą pokarm i drewno na opał. Bez emocji, bez wytchnienia.
Piszę tylko o kobietach, bo chłopcy są odseparowywani od dziewczynek już we wczesnym dzieciństwie. Po osiągnięciu dojrzałości wypływają na Wielką Wyspę. Z kobietami spotykają się raz na pięć lat jedynie w celach prokreacyjnych. Przez miesiąc muszą spędzać ze sobą każdą noc, po czym wracają do swoich światów, do swoich zajęć, żeby nie spotkać się już nigdy więcej.

Każdy jest sam dla siebie. Każdy jest sam dla siebie. Każdy jest sam…

To pierwsza dystopia jaką czytałam. Zawsze zastanawiałam się czym ten gatunek się różni od typowej postapokalipsy, ale nie trzeba się długo zastanawiać, bo różnicę widać gołym okiem. Kiedyś napiszę Wam o tym osobny wpis, teraz wolałabym się skupić na recenzji właściwej.
Przede wszystkim w powieści nie ma grama fantastyki. Wszystko co nas otacza, bo tak się właśnie dzieje, że fabuła ciasno owija się dookoła czytelnika, jest bezmiernie realne. Proste, surowe i bezlitosne. Obdarte z wszelkich dóbr i nadziei. Wyobraźcie sobie siedzenie na gołej skale o ostrych krawędziach, w porywach lodowatego wiatru. Takie właśnie wrażenie utrzymuje sie przez większą część powieści.

Być może Was zaskoczę, ale moją pierwszą emocją była monotonia.
Po pierwszych kilkudziesięciu stronach wydawało mi się, że to nie będzie ciekawa książka, choć z bardzo ciekawym pomysłem i dlatego warta uwagi. Zasady, brak cienia uśmiechu, zasady, ciężka praca latem, zasady, zimne polecia, zasady, osamotnienie, zasady, zasady, zasady. Żmudnie i monotonnie, powtarzane przez piętnaście lat życia dziewczynek te same obowiązki. W pewnej chwili przyłapałam się na uczuciu zniechęcenia i zmęczenia. Ale nie były to uczucia wywołane względem książki tylko przez nią. I wtedy zrozumiałam zamysł autorki. Bo kiedy pojawił się promyczek dobra, ciepła i nadziei, uczepiłam się go w panicznej potrzebie zmiany i nie puszczałam aż do zakończenia.
Nie pamiętam kiedy jakakolwiek książka tak mnie przeniknęła. Tak mocno poruszyła jako człowieka, kobietę i matkę. Na wielu płaszczyznach. Jej największe piękno i fenomen tkwią w prostocie przedstawionego świata. W tym jak prymitywnymi manipulacjami można pokierować nie jednym człowiekiem, ale całą ich rzeszą. Całymi pokoleniami.

– Wasz największy obowiązek to przeżyć. – W myśli Mary wdarły się słowa Przewodniej. Proste i zrozumiałe, nie trzeba ich było tłumaczyć. – Nie musicie nawet rozumieć dlaczego.

Zastanawiam się jak wiele mogę Wam powiedzieć, żeby nie zepsuć efektu. Bo historia Mary i jej siedemdziesięciu sześciu rówieśnic jest jedną wielką niewiadomą. Aby najlepiej poznać jej smak trzeba ją odkryć powolutku i dotykać własnymi emocjami.
Jak się zapewne domyślacie to mężczyźni zburzą święty porządek. Nasze bohaterki w trakcie miesięcznego pobytu na Wielkiej Wyspie zaznają gościnności i bliskości drugiego człowieka. Po raz pierwszy w życiu doznają najpiękniejszego uczucia. I dają Wam słowo, że będzie Was ono wzruszało za każdym razem, kiedy zostanie wymienione. Nieobojętność. Od tej chwili opadną klapki z oczu, a bolesna rzeczywistość stanie się nie do zniesienia. Czy będą się potrafiły sprzeciwić odwiecznej tyranii i pokonają surowe rządy Przewodnich? Czy system polegający na wywoływaniu strachu przetrwa?

Grażyna Jeromin-Gałuszka zabiera nas do nieprawdopodobnej rzeczywistości, w której człowiek cofa się w rozwoju aż do życia jaskiniowego. Zawieszona w niewiadomym czasie i nieznanej przestrzeni powieść od samego początku wywołuje wrażenie zadziwiająco realnego surrealizmu. Magiczny, bezduszny klimat chwyta za serce i sprawia, że sami czujemy się jednym z bohaterów. Cudownie w swej prostocie wykreowany świat zasad, rygoru i przejmującej nieżyczliwości posiada paradoksalnie zupełnie bajkowy klimat. To przecudowna powieść, a ja po serii kryminałów biorę na celownik powieści dystopijne.

Moja ocena 9/10

Zacisnęła mocno oczy, by powstrzymać strumień łez, szukający ujścia. Zacisnęła je do bólu i stała z pochyloną głową, rozżalona na świat, w którym tak ciężko było żyć i tak łatwo umierać.