małe kobietki recenzja
małe kobietki recenzja
„Małe kobietki” (t.1)

Druga połowa XIX wieku, Stany Zjednoczone. Cztery siostry pozostają pod opieką matki, podczas, gdy ich ojciec wyrusza walczyć w wojnie secesyjnej. Meg, Jo, Beth i Amy, obdarzone nieprzeciętną wyobraźnią, starają się zrobić wszystko, żeby nie czekać bezczynnie na jego powrót. Choć doskonale wychodzi im zabawa, postanawiają doskonalić swoje umiejętności i przyjmować z pokorą wszystko, co przyniesie los. Niestety, o ile rzeczywiście stają się coraz zdolniejsze, to pokora nie wychodzi im nic a nic. A los szykuje dla nich duże niespodzianki, zwłaszcza od momentu, kiedy Jo zaprzyjaźnia się z nieśmiałym Laurie.

Głównym bodźcem do sięgnięcia po książkę była dla mnie ekranizacja, której jestem bardzo ciekawa. Jednocześnie jako fanka klasyki  musiałam ją poznać. Zasmakowałam już w klasyce brytyjskiej i kanadyjskiej, teraz pora na amerykańską.

Louisa Alcott była sławną w swych czasach aktywistką i feministką. Twierdziła, że w jej ciele została uwięziona męska dusza i przelała wszystkie te myśli na młodą Jo, która z dosyć marnym skutkiem starała się udawać, że wcale nie jest główną bohaterką tej powieści. Buntownicza natura, chłopięcy sposób bycia, drwienie z kobiecych słabości, marzenie o zostaniu pisarką, chęć przewodzenia wszystkim przedsięwzięciom i traktowania innych chłopców niemalże jak konkurentów określiło ją dosyć jasno. Mimo to należy podkreślić, że czas, jaki autorka poświęciła innym dziewczynkom jest dosyć proporcjonalny. Choć nie dostały tak kontrastowych ról, każda z nich ma własny charakter i własną historię do opowiedzenia.

Dziewczętami opiekuje się matka, ciepła i mądra kobieta, która z uśmiechem obserwuje córki i zmiany, jakie w nich następują. Jest ich przyjaciółką i podporą, kiedy zbłądzą. Jak na młode osoby przystało marzą o wielkich przygodach, balach, książętach i bogactwie. Ich największą tragedią staje się konieczność cerowania starej sukni i poplamiona rękawiczka. To właśnie pani March jest osobą, która pokazuje córkom troszkę inną stronę świata. Subtelnie choć konsekwentnie odziera je z dziecięcych mrzonek, a bohaterki zmieniają się na naszych oczach. Powoli zaczynają pojmować, że prawdziwe życie ma się nijak do ich wyobrażeń, jednocześnie uczą się nigdy z tych wyobrażeń nie rezygnować.

Pełnej barwności do ich bogatej palety dodaje Laurie. To nieśmiały i nieco zamknięty w sobie chłopiec z sąsiedztwa. Mieszka z bogatym dziadkiem i ma być dziedzicem jego fortuny. Choć dziewczynkom bardzo imponuje czyjeś bogactwo, przyjmują w swoje szeregi nowego kolegę, którego zaczynają traktować jak brata. Szybko okazuje się, że jest on równie zabawny i pomysłowy jak one, a do tego z przyjemnością otacza je swoją opieką. Jedną z najciekawszych historii jest ta związana właśnie z dziadkiem chłopca i to właśnie on był moim ulubionym bohaterem tej książki.

Kiedy zaczęłam czytać czułam, jakbym siedziała pomiędzy Lucy Montgomery i Jane Austen, które ramię w ramię piszą ciąg dalszy. Zachłysnęłam się tym odkryciem. Znalazłam tutaj kąśliwość i przenikliwość z jaką Austen opisywała otoczenie, oraz bezpretensjonalną bajkowość, typową dla dziecięcych marzeń. Niestety w przeciwieństwie do Jane i Lucy Louisa Alcott nie dała rady utrzymać ponadczasowości. Jej dzieło niestety się zestarzało. Jego fenomen przebrzmiał. Dla współczesnego czytelnika będzie urocze, ale monotonne. Znajdzie chwile wzruszeń, momenty zabawne, ale również takie fragmenty, które chętnie „przewinąłby” dalej.

Podsumowując:

Jeśli jesteście fanami klasyki koniecznie przeczytajcie „Małe kobietki”. Choćby po to, żeby zobaczyć jak wychowanie amerykańskie będzie się miało do, bardziej nam znanego, brytyjskiego. To bardzo ciepła powieść przesycona siostrzaną miłością i wieloma pozytywnymi wartościami. Jeśli jednak nie przepadacie za taką powieścią, to odpuście sobie, bo po prostu się nią zmęczycie.
Książka jest czymś w stylu poradnika dla niesfornych dziewczynek, ale obawiam się, że obecnie żadna dziewczynka nie znajdzie już w niej swojego odpowiednika. Pokazuje ona ciekawy tok myślenia, jaki towarzyszył autorce w czasach trudnych dla kobiet. Niezależność, wykształcenie, realizacja pasji. Siostry March szturmem zdobywają swoje młode lata i przyznaję, że jestem ciekawa, co też wydarzy się w tomie drugim.

Moja ocena: 6/10

– Gwiazdka nie będzie Gwiazdką bez prezentów – mruczała Jo, leżąc na dywanie.
– To takie okropne być biednym! – westchnęła Meg, spoglądając na swoją starą suknię.
– Uważam, że to nie w porządku, żeby jedne dziewczynki miały dużo ładnych rzeczy, a inne nie miały nic – dodał mała Amy obrażonym głosem.
– Mamy ojca i matkę i siebie nawzajem – odezwała się ze swojego kącika Beth, zupełnie zadowolonym tonem.