„Mam na imię Ania”

Ania jest bystrą i obiecującą dziennikarką. Wiedzie szczęśliwe życie. Pnie się po szczeblach kariery, a w domu czeka na nią kochający, bardzo dobrze usytuowany mąż. Mężczyzna nie widzi świata poza swoją żoną.
Wszystko zmienia się w dniu, w którym Ania dostaje wyjątkowe zadanie. Ma wyjechać do ośrodka leczącego uzależnienia, wtopić się w kuracjuszy i napisać artykuł o najciekawszych przypadkach.
Kiedy pojawia się na miejscu uznaje, że zadanie jest dużo trudniejsze niż to sobie wyobrażała. Wydaje jej się, że nie da rady. Aż uświadamia sobie, że wcale nie musi się wtapiać w otoczenie, bo sama również jest uzależniona. Jest uzależniona od męża. Męża sadysty.

Znam i bardzo cenię literaturę Anity Scharmach od chwili, gdy wydała swoją pierwszą książkę. Cechuje ją dosyć specyficzny klimat, ponieważ ubiera bardzo ważne problemy w historie pełne humoru i optymizmu. Są to książki lekkie i nie pozwalające się odłożyć na później. Zasiadłam więc do najnowszej opowieści z zamiarem dobrej wypełnionej wzruszeniami zabawy przez całe popołudnie.
Minęło już kilka dni od tego czasu, a ja nadal czuję zaciśnięte gardło i mam łzy w oczach na samo wspomnienie fabuły.

Kiedy Ania trafia do ośrodka dla uzależnionych jest w trybie badacza, obserwatora. Widzi zniszczonych, śmierdzących ludzi w łachmanach. Chudych, grubych, brzydkich, przegranych.  Szybko jednak dostrzega swój błąd. Odkrywa, że to co uznała za przegrane życie jest w rzeczywistości heroiczną walką o nie. Że w tych zniszczonych ludziach tli się nadzieja i ogromna siła. I że jedynym przegranym jest ona sama, nie próbująca nawet walczyć ze swoim demonem.

Ania od lat jest katowana przez męża. Ceniony sędzia wydaje bestialskie wyroki na żonę, na której punkcie ma obsesję. Mężczyzna jest obiektem westchnień wszystkich jej koleżanek i ukochanym zięciem. Elokwentny, zabawny, czarujący i tak bardzo zakochany w Ani. Jednak kiedy zamykają się za nimi drzwi zmienia się w potwora.

Ania, wysłuchując historii życia uzależnionych, sama zaczyna się otwierać. Dzień po dniu ujawnia przed nami coraz więcej szczegółów swojego pożycia małżeńskiego. Talentem autorki jest pisanie żywych scen, więc absolutnie każda opowieść z życiu ludzi będących na terapii była dla mnie ogromnym przeżyciem. Książka rzuca światło na tych, którym w życiu się nie powiodło. Którzy przegrali na jakimś pułapie walkę o bezpieczeństwo, zdrowie, godność. I którzy wstają z kolan i z ogromnym ciężarem na plecach chcą iść dalej. Nie zawsze im się to udaje, czasami ciężar ostatecznie ich przygniata, ale walka, jaką podejmują zasługuje na wielkie uznanie.

To nieprawdopodobnie mocna, szokująca i przeszywająca na wylot książka. To również, według mnie, jedna z najważniejszych książek i to nie tylko w dorobku Anity Scharmach, ale w stopniu społecznym. Mówi o upadku i walce o godność. Mówi o ulotności szczęścia i pokazuje smak jego bezpowrotnej utraty. O szacunku dla każdego człowieka, nie tylko tego, który ładnie się wypowiada, a jego aparycja jest miła dla oka. To również bardzo ważna książka dla kobiet. Nie walczy o nasze prawa, nie wykrzykuje feministycznych haseł, ale odkrywa to, co tak naprawdę jest ważne. Nie oceniajmy się, nie krytykujmy, nie patrzmy na siebie z góry. Nie mamy pojęcia co ta zakompleksiona, albo obrośnięta w wyniosłość osoba przeżyła, dlaczego stawia na wytatuowane ciało, lub niekontrolowaną ilość słodyczy.

Podsumowując:

Jeśli ocenić książki po ich wartości merytorycznej „Mam na imię Ania” bezsprzecznie zajmuje miejsce na podium.  Jestem pełna szacunku dla autorki, że podjęła tak potwornie trudny temat. Że miała odwagę zgłębić go tak głęboko i zaserwować nam go w wypełnionej najgłębszymi emocjami pigułce.
Nie zliczę ile razy w trakcie lektury czułam rozpacz, wiedząc, że to nie tylko wyssana z palca historyjka. Że ludzie przeżywają to gdzieś tam obok mnie. Dobrze jest tak czasami otworzyć oczy. Czuję wdzięczność za szczęście, które trzymam w ręce.
Piękna, nieskończenie realna, przejmująca setką wzruszeń i ukazująca nowe oblicze szczęścia. Tego budowanego nadludzką wręcz siłą.

Moja ocena: 9/10