Maryla z Zielonego Wzgórza
Maryla z Zielonego Wzgórza
„Maryla z Zielonego Wzgórza”

Maryla i Mateusz Cuthbertowie, rodzeństwo, które młodość ma dawno za sobą, prowadzą samodzielnie gospodarstwo w malowniczym Avonlea na Wyspie Księcia Edwarda. Są zapracowani od wczesnego ranka do zmierzchu. Maryla perfekcyjnie prowadzi dom i obejście, ale Mateusz ze względu na wiek potrzebuje pomocy w pracy na polu i przy oporządzaniu zwierząt. Ponieważ obydwoje pozostali w stanie panieńskim/kawalerskim nie mają własnych dzieci ani żadnej bliskiej rodziny, która mogłaby im pomóc. Choć to trudna decyzja postanawiają adoptować chłopca, któremu dadzą dom i lepszą przyszłość w zamian za wsparcie ich w pracy.

Znacie tę historię?
Podobała Wam się?
Oświetliła Wam smutne dni i trudy dorastania?
Pokazała jak piękny potrafi być świat, jeśli pomalować go marzeniami?

Jeśli tak, to książka, o której Wam opowiem poruszy najwrażliwsze rejony Waszych serc.
Bo… Nagle robimy siup i budzimy się czterdzieści lat przed wydarzeniami z „Ani z Zielonego Wzgórza”.

Trzynastoletnia Maryla Cuthbert musiała przerwać naukę, żeby pomóc ciężarnej matce w prowadzeniu domu. Radzi sobie doskonale, w przyszłości sama będzie wspaniałą gospodynią. Pomaga jej w tym ciotka Izzy, bliźniacza siostra matki. Przyjechała z daleka, żeby wesprzeć ich po tym, jak pojawi się maleństwo i przedstawia sobą zupełnie nieznane dziewczynie poglądy. Jest samotną kobietą, robiącą karierę. Ma własne zdanie na wiele spraw i zdaje się zupełnie nie potrzebować mężczyzn do szczęścia.

Byłam bardzo ostrożna, nie ekscytowałam się za bardzo przed sięgnięciem po tę książkę. W zasadzie jestem zdania, że takich klasyków nie powinno się ruszać. Przeżyć nowe przygody na Zielonym Wzgórzu byłoby cudownie, ale czy ktoś poza Maud może mnie tam przenieść?

Sarah McCoy pokazuje nam dojrzewającą Marylę, która wychowywana w rodzinie wypełnionej miłością jest pracowitą, posłuszną dziewczyną o pewnej dozie wyobraźni. Kiedy już wypełni wszystkie obowiązki lubi oddać się marzeniom. Ma analityczne podejście do życia. Obserwuje i wyciąga wnioski. Nie mówi zbyt wiele, ale to co powie, jest opinią wyważoną i dobrze przemyślaną. Książka pokazuje rok po roku jej zmianę. Z niewinnego dziecka w odważną, mądrą kobietę.

Autorka jest nie tylko doskonałym znawcą „Ani z Zielonego Wzgórza”, ale również jej ogromną fanką. Czuć to w każdej linijce tekstu. Unosi czytelnika na skrzydłach sentymentu ku najwyższym szczytom. Niejednokrotnie łezka kręciła mi się w oku. Jak na przykład w chwili, w której Zielone Wzgórze – mój dziecięcy azyl – zostało ochrzczone swoją nazwą. Ten moment był jednym z najpiękniejszych.
Możemy obserwować ukochaną wiśnię, którą Ania miała za oknem pokoju, jako mode drzewko obsypane kwieciem. Możemy się dowiedzieć jak zapoczątkowała się przyjaźń Maryli i Małgorzaty Linde, której od najmłodszych lat konikiem były robótki ręczne i plotki. Wzajemna sympatia przetrwała przecież całe ich życie. Poznajemy szczegóły zawodu miłosnego Mateusza i przyczynę, dla której broszka z ametystem była największym skarbem Maryli. Przede wszystkim jednak dowiadujemy się co się stało pomiędzy nią, a Janem Blythe, który „mógłby oczarować samego diabła”.

Obraz, który namalowała Sarah McCoy nie do końca pasował mi do pięćdziesięciotrzyletniej Maryli, która postanawia adoptować chłopca. Wiemy, że pod oschłą maską praktyczności okazała się ciepłą osobą o wielkim sercu, ale pomiędzy jej młodą i dojrzałą wersją przepaść jest zbyt wielka. Pod wpływem ciężkich przeżyć jej serce stwardniało. Bardzo szybko musiała dorosnąć, a później straciła miłość swojego życia. Nie mógł stwardnieć jednak jej niesamowity intelekt i ambicje.
Młoda Maryla jako aktywistka przewodziła avonleaskim kobietom. Jej inteligencja zrobiła wrażenie nawet na surowym nauczycielu lokalnej szkoły, a porywcze wywody przekonywały całe tłumy zatwardziałych mężczyzn. Potrafiła być nie tyle spontaniczna, co momentami zupełnie nieprzewidywalna. Były chwile, w których tak bardzo przypominała mi Anię, że niemożliwym byłoby, żeby nie dostrzegała w swojej podopiecznej samej siebie. Pełnej ideałów i zapału młodej kobiety.

Mimo pewnych niedociągnięć stała się rzecz cudowna, a mianowicie poczułam klimat Zielonego Wzgórza. Świadczyć to może tylko o tym, że o ile Ania jest jego motorem napędowym, to Maryla jest duszą domu wybudowanego rękami jej ojca. Znowu znalazłam się w Avonlea, przemierzałam znajome drogi i odwiedzałam znajomych, choć o kilka dekad młodszych sąsiadów. Poruszony temat imigrantów i problemów rasowych (prowadzące w Stanach do wojny secesyjnej) nie był wspominany przez Maud, ale to świadczy tylko o tym, że McCoy nie próbowała kopiować pierwowzoru, a jedynie pokazała nam ten piękny świat swoimi oczami.

Podsumowując:

„Maryla z Zielonego Wzgórza” jest zaskakująco godnym prequelem kultowej klasyki. Naprawdę nie spodziewałam się tak dobrze napisanej historii i zostałam zaskoczona na każdym szczeblu. Sarah McCoy posiada dużo świeższy i odważniejszy styl, ale czułam ducha Lucy Maud Montgomery między stronami. Jestem przekonana, że spodobałaby jej się taka historia poprzedzająca wydarzenia przez nią opisywane.
Zadanie było tym trudniejsze, że czytelnikom doskonale znane jest zakończenie. Maryla i Mateusz pozostają samotni w domu, który może pomieścić dużą rodzinę.
Serdecznie polecam każdemu fanowi Ani. Choćby po to, żeby zanurzyć się w zupełnie nowej historii z Zielonego Wzgórza i raz jeszcze zobaczyć stare, kochane Avonlea.

Moja ocena 10/10

„Ruszyli na spacer przez jabłoniowe i wiśniowe sady, kwitnące na biało i różowo, przebyli całą farmę Cuthbertów, gdzie zielone pola graniczyły z polanami splątanych leśnych paproci, kolumnadą pni drzew i wilgotnymi mchami. Pod baldachimem lasu powietrze się zmieniło, stało się aż gęste od zapachu kwitnących suchodrzewów i żywicznej woni młodych pędów sosny”.