„Miłość na gigancie”

W dniu, w którym poznajemy Magdę jej przyszłość nie wygląda zbyt optymistycznie. Jest singielką, której właśnie wypowiedziano mieszkanie. Siostra postanawia zafundować jej metamorfozę. Odkopać spod uwielbiającej starocie księgowej piękną, młodą dziewczynę. Los jednak nie jest łaskawy. Partner życiowy Magdy, bury kocur Manfred, postanawia niespodziewanie zwiedzić okolicę i przy pierwszej lepszej okazji znika. Magda w czasie poszukiwań wpada na nieoczekiwaną osobę. Nieziemsko przystojnego Jakuba, przez którego za miesiąc zostanie bez domu.

Oglądam sobie tego ebooka – widzę dwieście stron – myślę: „No co ta Anita?”. Przecież siądę, przeczytam i co dalej? Tyle czekałam na jej książkę, a tu dwieście stron? Czy można zapisać jakąś fabułę w tak cienkiej książce? Pewnie można, ale gdzie tu miejsce na rozwój emocji, na poznanie bohatera, na przeżycie czegoś. No nie ma miejsca. A ona znalazła.

Magda przeczy wszystkim stereotypom księgowej. Nie jest nudną maszyną, działającą automatycznie w codziennym kieracie. Zresztą nie wiem skąd ten stereotyp wyrósł, bo osobiście znam dwie księgowe i obie są nieprzeciętne. W każdym razie Magdalena to inteligentna, bardzo błyskotliwa i śliczna dziewczyna. Uwielbia swojego niesfornego sierściucha i prowadzi z nim zabawne dyskusje. Jest otwarta na świat i ludzi, i choć już długo czeka na tego jedynego, wyjątkowego człowieka, to radzi sobie naprawdę świetnie. Żyje na przyjacielskiej stopie z sąsiadami i znajomymi z pracy, stara się do nikogo nie żywić urazy i mieć w miarę możliwości pozytywne nastawienie. Inną innością jest nijaki Jakub, który, choć wywołuje w niej dziwny niepokój, jest mniej więcej cały do poprawki. Jego akurat Magda uważa za przypadek beznadziejny, a jej nastawienie do chłopaka jest antonimem pozytywnego.
Co wyniknie z tego jej pozytywnego podejścia, skoro czas na znalezienie nowego lokum szybko się kurczy, a funduszy na jego zdobycie nie przybywa?

„Miłość na gigancie”, to bardzo nasycona historia o tym jak przewrotny może się okazać los. I kot… Opowieść o tym jaki wpływ na nasze życie mają ludzie, których spotykamy na co dzień, jak wiele mogą zmienić przypadkowe spotkania i tak właściwie o tym, że nic nie dzieje się przez przypadek. Poczucie humoru autorki pozwala spojrzeć bardziej optymistycznie na otaczającą nas rzeczywistość, nabrać dystansu do aspektów, które wyjątkowo nas uwierają. Na dwustu stronach znajdziecie całą masę humoru, empatii i odruchów serca. Nie tylko tych dobrych, bo poznacie również serca bijące tylko dla siebie.

Książki Anity Scharmach mają w sobie coś, co tak naprawdę bardzo trudno wyjaśnić. To jakiś element empatii przelany na stronice, umiejętność wyłapywania przez autorkę tych niuansów otoczenia, które uważane są za mało istotne, a które sprawiają, że można w pełni żyć swoim życiem. Później, w trakcie czytania, to właśnie te drobiazgi można mniej lub bardziej przypasować do siebie. Bo ja mam tak przy każdej książce Anity. Kwestie rodzinne, macierzyńskie, pewność siebie, samorealizacja, miłość. Ja w każdej jej książce wyłapuje kawałek swojej historii i widzę jak ona się rozwija, jaki znajduje finał. No i powiem Wam szczerze, że mnie to po prostu rozkłada. Niezmiennie, każdorazowo.
Polecam!

Moja ocena 7/10

Moją własnością była jeszcze rozpadająca się sofa, a także lampa, zakupiona na jarmarku dominikańskim w Gdańsku. No i książki. Cała góra książek! To po trosze ratowało moją zranioną duszę, bo jak mawiała moja babcia, dom, w którym nie ma książek, jest jak dom bez kuchni – życie w nim umiera.