„Miłość przychodzi z deszczem”

Debiut literacki polskiej pisarki, który przyprawił mnie o totalny zawrót głowy!

Historia zatacza krąg wokół trzech bohaterów. Ani, Marka i Marcina. I jeśli wspomnę, że Marek i Marcin są bliźniakami wcale nie pomyślcie, że chodzi o miłosny trójkąt, który poróżni braci. Ta książka nie trzyma się żadnych reguł.
Marek i Marcin Brzozowscy są do siebie tak bardzo podobni, że odróżnić ich można tylko po charakterze. Marcin jest dowcipny i figlarny, Marek to raczej typ powściągliwy. Są do siebie przywiązani tak bardzo, że żadne miłości i życiowe zakręty nie są w stanie osłabić łączącej ich więzi. Nawet żona Marcina musi zaakceptować stałą obecność klona swojego męża. Panowie mają wspólne pasje, wspólne interesy, jeden kończy myśl drugiego. Doskonała symbioza.
Co w takim razie musi się wydarzyć, żeby Marek uciekł do innego miasta? Co się musi stać, żeby chciał zerwać kontakty z bratem, skoro obydwoje zawsze twierdzili, że są jedną duszą ukrytą w dwóch identycznych ciałach? Ano coś, co na mój rozum i moje pojmowanie jest straszne.
Jeśli dodam do tego, że w naszym trójkącie naprawdę poszkodowana i skrzywdzona zostaje osoba czwarta, która nie ma innego wyjścia jak biernie poddać się nurtowi, sytuacja otrzymuje status podwójnie skomplikowanej.

Skąd mój zawrót głowy? Bo jestem tak strasznie rozdarta pomiędzy atutami książki, a jej wadami, że kompletnie nie wiem jak ją ocenić.

Przede wszystkim, najbardziej ogólnikowo ująwszy, mamy do czynienia z naprawdę niebanalną fabułą. Fabułą niesamowicie zaskakującą, co rusz szokującą, pełną wzruszeń i tajemnic. Marcin, jako szczęśliwy mąż nosi swoją ukochaną na rękach. Planują powiększenie rodziny, nie widzą świata poza sobą. Marek trwa przy nim niczym najlepszy przyjaciel, ciesząc się z każdej jego radości. I nagle następuje krach. Potwornie zła decyzja wymuszona przez jednego z braci, a podjęta przez drugiego, niweczy dosłownie wszystko. Marek ucieka od konsekwencji. Cierpiąc samotność w obcym mieście, poznaje niebieskooką Anię, która wprowadza światło w jego życie. Dzięki niej nabiera sił do nawiązania ponownych kontaktów z rodziną. Niestety pierwsza próba naznacza się tragedią. Straszne błędy przeszłości dają o sobie znać, kiedy tylko bracia się spotykają. Czy mogą żyć bez siebie? Okazuje się, że będą do tego zmuszeni. Marek zostanie narzędziem straszliwej walki. Obowiązek stoczy batalię ze szczęściem i któreś z nich będzie musiało się poddać.

A w mojej głowie nadal się kręci!

Powieść nie trzyma się żadnych ram czasowych. Autorka zastosowała bardzo ciekawe skoki z przeszłości w teraźniejszość i z teraźniejszości kilka lat wstecz. Robi to płynnie, spójnie, nie wprowadzając zamieszania i chaosu. Co powoduje taki zabieg? To podejście w stylu Kinga. Tak naprawdę krążymy wokół bomby. Mamy przyczynę, mamy jej efekt, ale doskonale wiemy, że gdzieś jest zakopane największe bum, dzięki czemu najciekawsza okazuje się sama droga, a nie jej finał. Nutka tajemniczości, sekret i rozdarcie bardzo napędzają akcję. Wszystko siada z momentem wyjawienia owej tajemnicy dużo, dużo za wcześnie. Zupełnie niepotrzebnie dowiadujemy się wszystkiego już w połowie książki. Niepotrzebnie, bo późniejsza akcja, gdzie bohater X na naszych oczach stara się utrzymać sekret, nie jest już tak ekscytująca.

Wraz z nim odeszły jej wszystkie marzenia, nadzieje, ona sama. Życie, które wiodła do tamtej chwili, nie należało do niej.

Książka jest niesamowicie emocjonalna. Porusza kwestię nierozerwalnych więzi rodzinnych, wierności, przyjaźni, zaufania i miłości. Momentami niestety spłycała się do poziomu lekkiego romansidła. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie nieodparte wrażenie, że autorka albo nie mogła się zdecydować na formę, w jaką ubierze swoje dzieło, albo po prostu nie dźwignęła do końca tej emocjonalności. A może ktoś jej doradził, że powinna dorzucić trochę lekkości? Według mnie niepotrzebnie.

Miłość. Piękna, sensualna kwintesencja uczucia. Głęboka, ewoluująca pomalutku, żeby w końcu rozkwitnąć. Coś, co najbardziej lubimy, prawda? Coś tak intensywnego, że wypływa jako namacalny twór spomiędzy liter. Aż tu ni z tego ni z owego wyuzdana scena porno… Nie jestem szczególnie wrażliwa i wstydliwa, ale po dawce subtelności to było jak cios między żebra.

Zakończenie podobnie jak w „Dopóki nie zgasną gwiazdy” dwuznaczne. Albo reszta historii została owiana tajemnicą i pozostawiona domysłowi, albo mamy furtkę na część kolejną, którą nawiasem mówiąc z radością przeczytam. Jeśli pani Rudnik uszczęśliwi mnie kontynuacją, to wszystko w porządku. Jeśli z kolei nie, to kurtyna zasłoniła zbyt wiele tajemnic. Za mało zostało wyjaśnione. Przez chwilę myślałam nawet, że ktoś urwał ostatni rozdział w moim egzemplarzu.

Pomijając wszystko, co (w mojej osobistej, prywatnej opinii) zadziałało na niekorzyść, to muszę przyznać, że w życiu nie widziałam tak świetnego pomysłu na książkę. Może za mało jeszcze wiem, ale byłam… jestem zachwycona kreatywnością pani Rudnik i jednocześnie nie mogę się doczekać jej kolejnej publikacji.

Jeśli chcecie poznać miłość, która nie boi się rozłąki i nie ima jej się czas, jeśli nie boicie się konsekwencji fatalnej decyzji i jesteście gotowi na kilka wstrząsów – zapraszam do lektury. Daje nie tylko kilka chwil rozrywki. To mała lekcja o tym jak destrukcyjny wpływ na nasze życie ma kłamstwo i że nie ma czegoś takiego jak oszukiwanie w słusznej sprawie.

Podsumowawszy książkę – zawrót w głowie trwa. Za te wszystkie wady chciałam dać piątkę, za pomysł i przeprowadzenie go ósemkę. I bądź tu mądry!
Gratuluję debiutu i życzyłabym sobie więcej takich nowych twórców na naszej scenie.

Moja ocena 6+/10

Wybór między większym i mniejszym złem zawsze jest zły.

autor Mila Rudnik
wydawnictwo Prószyński i S-ka.
data wydania 2 lipca 2015
ISBN 9788380690363
liczba stron 280
gatunek romans/dramat