„Nazywam się Cukinia”

Bohater powieści, Ikar zwany Cukinią, chce zabić niebo. Jego matka właśnie to miejsce upatruje jako źródło wielu kłopotów. Kiedy kobieta ginie w tragicznych okolicznościach chłopiec trafia do domu dziecka. Poznaje tam wiele dzieciaków dźwigających swoje własne bagaże doświadczeń. Cukinia powoli opowiada nam z jaką traumą sam się boryka. Oparcie znajduje w policjancie, który odebrał go z rodzinnego domu, przywiózł do domu dziecka i odwiedza regularnie co tydzień.

Myślałem o tacie, który musiał chyba być olbrzymem, bo chodził z głową w chmurach, i że niebo zrobiło mamie krzywdę, więc pewnego dnia ją pomszczę, jak na filmach, zabiję niebo, żeby już więcej nie zsyłało na człowieka samych nieszczęść.

Od zawsze fascynowała mnie wizja świata dorosłych obserwowana z perspektywy dziecka. Już od pierwszych stron powieści widać, jak prosta droga układa się przed dziewięcioletnim Cukinią i jak świat dorosłych stawia na niej zakręt za zakrętem. Najpierw los rzuca mu pod nogi patologiczną rodzinę, z którą jakoś musi sobie poradzić, później tak zwane prawo określające co się z nim stanie, kiedy tej rodziny zabraknie.
Cukinia nawiązuje nowe znajomości. Poznaje mieszkańców domu – chłopców i dziewczęta w różnym wieku – noszących w sercu i na ciele tak wielkie blizny, że nie trzeba być specjalistą, żeby zobaczyć je gołym okiem. Początkowa nieśmiałość szybko zostaje wyparta szczerością i prostolinijnością, jakimi kieruje się dziecko. Nawiązują się przyjaźnie i pierwsze zauroczenia.
Celem licznych żartów (jak to u dzieci bywa) są dorośli. Opiekunowie, nauczyciele i lekarze pracujący w ośrodku. Wynika z tego cała masa zabawnych sytuacji. Każdy z dorosłych ma jakąś charakteryzującą go przywarę, jakąś cechę charakteru zupełnie niezrozumiałą przez małych mieszkańców. Niektórzy stają się celem kpin, ale rodzą się również pierwsze autorytety. To ci zabawni i zupełnie pokręceni dorośli, którzy zasłużyli na szacunek, może nawet podziw. Cukinia ma przynajmniej jednego takiego dorosłego. Jest nim policjant, który zaopiekował się nim od momentu, kiedy opuścił rodzinny dom aż do chwili, w której zostawił go w domu dziecka. Pomiędzy mężczyzną a chłopcem rodzi się więź. Przyjaźń oparta na szacunku i zaufaniu.

Kościół to dom Pana Boga, ale Jego i tak nigdy w nim nie ma.

Co mi nie pasowało i wywoływało negatywne emocje? Cukinia według autora jest dziewięciolatkiem. Za żadne skarby świata się z tym nie zgodzę. Mam w domu dziewięciolatkę i znam około dwudziestoosobową ekipę trzecioklasistów. Są to dzieci dużo bardziej świadome świata i nie mają już w sobie takiej bezgranicznej naiwności, jaką kieruje się bohater książki. A wiem, że dzieciaki z domów patologicznych, po przejściach, zachowują jeszcze większą świadomość. Są jeszcze bardziej obdarte z dzieciństwa. Może to niepotrzebne czepialstwo, ale bardzo mi nie pasowało, że autor dziewięciolatkowi przypisał cechy sześciolatka.

Powieść Parisa czyta się błyskawicznie. Wkradają się chwile monotonii, ale wręcz przepływa się przez nią łagodnym nurtem. To historia poruszająca struny wrażliwości i łagodnie wdziewająca się w serce, która wstrząsa psychiką. Uświadamia, że traumy, jakie rodzice fundują swoim dzieciom, nie są tylko nagłówkami w prasie. Poznajemy istotę problemu z zupełnie innej strony. Z perspektywy poszkodowanych. Nie znają określeń takich jak znęcanie się, molestowanie, przemoc, morderstwo, strach i samotność. Potrafią jednak mówić milionem innych słów, które trafiają bezpośrednio do serc czytelników. Powieść napisana zaskakująco prostym, niczym nieubarwionym słownictwem porusza kuriozalną rzecz. Dorośli uczą dzieci żyć, ale na większość spraw są zupełnie ślepi. Spraw, które dostrzegają tylko dzieci. Rzeczy, których być może nie do końca potrafią zinterpretować, ale z którymi doskonale wiedzą co zrobić. Taka wrażliwość ulatująca z wiekiem.
Polecam!

Moja ocena: 7/10

A popatrzcie tylko na dorosłych: udają takich mądrych, a robią więcej głupstw niż dzieci. To prawda, że nie zawsze jesteśmy tacy całkiem grzeczni, ale umówmy się: to nie dzieci włamują się do domów, wybuchają bomby razem z sobą i strzelają z karabinów (…).


Zapraszam na konkurs, w którym do wygrania jest recenzowana książka! –> KLIK

  • Po zobaczeniu okładki myślałem, że to zwyczajna książeczka dla dzieci, ale treść wydaje się być bardzo poważna. Szczególnie ten ostatni cytat. Niemniej wydaje mi się, że to może lepiej. Czasami książki powinny czegoś uczyć a nie tylko zabawiać. Jeśli dobrze zrozumiałem recenzję to myślę, że ta książka jest godna polecenia.

    • Świat dorosłych w oczach dziecka jest nieprawdopodobnie dziwnym miejscem 🙂 Książka jest zdecydowanie warta polecenia, jeśli ktoś lubi takie klimaty jak np. Oskar i pani Róża. Lub chociaż Mały Książę.

  • Hmm… Szczerze mówiąc nie lubię takich książek, za bardzo się denerwuję. W ogóle mam bardzo ostry stosunek do ludzi, którzy decydują się na dzieci, a potem nagle km się odmienia. Nie podobają mi się tu zresztą dwie rzeczy: mylący tytuł (autentycznie cieszyłam się na książkę o przetworach z cukinii, bo mam dużo i nie wiem, co z nią zrobić) i nadanie dzieciakowi takiego imienia/przezwiska. W życiu nie słyszałam nic… dziwniejszego. To plus fabuła wystarczy, żebym raczej po nią nie sięgnęła. 😉

    • Cóż mogę powiedzieć… W książce nie ma słowa o tym, że ktoś oddał dziecko, bo mu się odechciało je wychowywać, nie ma takiej informacji również w recenzji, więc chyba jej nie przeczytałaś zbyt dokładnie. A tytuł nie jest mylący jeśli poświęcisz ułamek sekundy i spojrzysz na ilustrację na okładce. Myślę, że dosyć pochopnie wysnułaś opinię.

      • Piszesz, że świat rzuca mu pod nogi patologiczną rodzinę. Mama umiera, to zrozumiałam, ale skoro dzieciak trafia do domu dziecka, a o ojcu jest napisane tylko tyle, że ,,chodził z głową w chmurach“, wywnioskowałam, że nie miał ochoty zajmować się synem i ten trafił do domu dziecka. Trudno nie wyrobić sobie pochopnej opinii na podstawie kilku zdań. Tytuł, mimo okładki, nadal uważam za mylący. 😛