okruchy dobra recenzja
okruchy dobra recenzja
„Okruchy dobra”

Anna jest po rozwodzie, Jowita zastanawia się jak wytłumaczyć córeczce, że tatuś nie przyjedzie do nich na święta. Skłócona z córką Małgorzata przyjmuje niespodziewanego gościa, a Roman próbuje udobruchać syna drogimi prezentami. Czy siedmiu bohaterom uda się poczuć ducha Bożego Narodzenia?

Bywa, że dorosłym ciężko jest poczuć magię świąt. Kiedy życie odziera z marzeń, kiedy doznają nieszczęść, proza nie daje się przegnać, a tuż za progiem gromadzą się nowe komplikacje niełatwo jest się wczuć w nastrój. Kilka połączonych ze sobą opowiadań pokazuje, że czasami warto jednak wierzyć do samego końca, a nawet dokonać wysiłku i przestać myśleć o sobie, koncentrując się chociaż na chwilę na kimś innym.

Niewielka krakowska kamienica mieści w swoich murach wiele frasunków i samotności. Jej mieszkańcy z dnia na dzień pokonują swoje problemy. Raz lepiej, raz gorzej, ale brną w przód aż do momentu, w którym muszą się zatrzymać. Przyhamować przed jednym magicznym wieczorem. Wigilią. Muszą popatrzeć na to co było, pomyśleć o tym, co ich czeka, ale przede wszystkim odnaleźć się w „tu i teraz”. Okazuje się to nie takie łatwe, przynajmniej nie dla wszystkich. Czasami bardzo ciężko jest zrozumieć, że najlepsze rozwiązanie może leżeć tuż pod nosem i czekać na wykorzystanie go.

„Okruchy dobra”, to tak naprawdę zbiór opowiadań o wspólnym mianowniku. Pozornie niezwiązane ze sobą historie zajmują przynajmniej połowę książki. Jej druga połowa poświęcona jest ich splątaniu aż w końcu połączeniu w jeden wątek. Książkę czyta się bardzo przyjemnie i w tempie ekspresowym. Autorki mają dar ubierania codzienności w taką lekko czarowną otoczkę, przez co zakupy w warzywniaku w ich wykonaniu mogą się okazać naprawdę świetnym zajęciem. Zwłaszcza, że opowiadane historie i poruszane problemy są tak bardzo życiowe, że myślę, że każdy czytelnik znajdzie w nich kawałek siebie.

Myślę, że choć książka została stworzona po to, żeby poruszyć nasze serca przed najpiękniejszymi świętami w roku, to jej przekaz jest bardziej uniwersalny. Chodzi o to, żeby otworzyć umysł i serce na coś więcej niż własne ja. Żeby dostrzec wokół siebie ludzi, sprawiających, że nie jesteśmy sami. Najmniejszym gestem wspomóc kogoś, kto nie ma wsparcia w ciężkiej chwili. Czasami jest to drobna darowizna, innym razem wystarczy uśmiech i miłe słowo. Najważniejsze, żeby dać z siebie najmniejsze ziarenko dobra, które może później owocować w nas samych.

Niestety, tak jak przypuszczałam, nie jestem fanką takich książek. Historie o tematyce bożonarodzeniowej mają jeden cel. Ocieplić serce. I jedną drogę. Uroczą i naiwną. Mają zasmucić, być może w międzyczasie rozbawić, żeby na końcu wzruszyć. Wszystko według schematu, z oczywistym zakończeniem. I nawet mimo tego, że w duecie Bednarek/Kaczanowska nic nigdy nie wiadomo do końca, bo wszystko zdarzyć się może i tak wyszło słodko, naiwnie i przewidywalnie.
Jeśli lubicie tego typu książki, to mogę z czystym sumieniem polecić. Bo to naprawdę świetna pozycja. Ale ja po prostu nie przepada za takimi historiami. Do tego stopnia, że umierałam z ciekawości jaką Szymon będzie miał zadymę po powrocie do domu 😉

Szczęśliwego Nowego!!

Moja ocena 6/10

– Wie pani, może Wigilia to moment, żeby się pogodzić. Rodzi się Dzieciątko, które ma zmienić nasz świat na lepsze – wiemy, że prawdopodobnie mu się to nie uda, ale ciągle mamy nadzieję. I tak samo jest z naszymi bliskimi: liczymy, że tym razem będzie nam ze sobą naprawdę wspaniale. Zwykle nie wychodzi, ale… trzeba sobie dawać szansę. Ciągle i ciągle. Oczywiście, jeśli się naprawdę kocha.