„Pan Lodowego Ogrodu”(t.4) + podsumowanie cyklu

Pan Lodowego Ogrodu – wielki finał

Przede wszystkim, muszę przyznać, że nie wyobrażam sobie czekania na tę książkę dłużej niż jedną noc. Dlatego najczęściej czytam serie, kiedy są już zakończone. Na wielki finał Pana Lodowego Ogrody fani musieli czekać aż trzy lata! Czy to jednak długo, jeśli w zamian dostaje się dziewięćset stron doprowadzonego do perfekcji (pisarsko i wydawniczo) finału jednej z najbardziej kultowych serii?

Vuko wraz z wyszkolonymi przez siebie Nocnymi Wędrowcami przygotowują Lodowy Ogród na ostateczne starcie. Oczywistym wydaje się, że wężowy król i Nahel Ifrija zaatakują jak tylko puszczą lody i będą mogli przeprowadzić swoje okręty do wyspy. Nasi bohaterowie mają więc całą zimę na uzbrojenie się po zęby we flotę, broń, fortele i… magię. Muszą również sprowadzić z lądu jak najwięcej ocalałych. Tym sposobem jak to tylko staje się możliwe Vuko z częścią drużyny wyrusza na Wybrzeże Żagli, a Filar z pozostałą częścią przedziera się do swojego ukochanego Amitraju.

„Nigdy nie odpuszczamy” – mówił Nocny Wędrowiec. „Do końca. Dopóki żyjesz, walczysz. Dopóki możesz myśleć, walczysz. To umysł jest bronią. Reszta to narzędzia. Nie mają znaczenia. Można je zdobyć, zrobić albo zastąpić”.

Cały cykl PLO charakteryzuje się tym, że nawet rozdziały i wątki, które wydają się spokojniejsze, mniej ważne i napisane po to, żeby coś przeciągnąć lub dać wytchnienie, bardzo szybko okazują się tak samo ciekawe jak te pełne doniosłej akcji. Niewiele jest w nim słabych stron, a dla czytelnika takiego jak ja, czyli wchłaniającego zarówno epickie akcje jak i spokojne opowieści, są niemalże niedostrzegalne.
Część ostatnia nie ma ani jednej spokojnej chwili. Każdy rozdział i każdy wątek naładowany jest ryzykiem, napięciem, siłą i odwagą. Od samego początku aż do ostatniej strony jesteśmy zaskakiwani. Ważne wydarzenie goni inne, a wytchnienie znajdujemy śladowe.
Nie ma tutaj jednej zmarnowanej, źle wykorzystanej linijki. Myślę, że te trzy lata przerwy pomiędzy częścią trzecią a czwartą zostały wykorzystane co do minuty. Wszyscy fani wstrzymali oddechy, po czym w ich ręce trafiło absolutne mistrzostwo.

Wiele jest dziwnych rzeczy w tym Wędrowcu. Jest obcy i niewiele rozumie, ale szybko się uczy. Czasem patrzy i nie widzi, bo patrzy innymi oczami. Czasem jest niezwyciężony, czasem słaby jak dziecko. Przybył z daleka, lecz nie płynął morzem. Nie szedł też lądem. Tak jak ciebie, prowadziła go gwiazda. Ta sama gwiazda północy. Gwiazdy czasem spadają. On także spadł. Tak. Wypluły go gwiazdy.

Vuko ostatecznie doprowadza sprawę do końca. Bezkompromisowo, bezdyskusyjnie i konsekwentnie. Opracowuje plan doskonały. Staje na przeciw rządnym władzy ziemskim przeciwnikom, którzy urośli w oczach Midgaardczyków do rozmiarów wszechwładnych bóstw. I są dokładnie tak potężni jak na to wyglądają. Różnica między nimi, a ekipą Vuko polega na starciu szaleństwa z czystą logiką i sprytem.

Myślę, że nie tylko mnie ostateczne starcie kojarzyło się z obroną Gondoru. Ostatecznym rzuceniem na szlę sił dobra i zła. A waga chybotała się z jednej strony na drugą, doprowadzając obie frakcje do momentów krytycznych. Sceny batalistyczne są moimi słabościami w powieściach fantasy, ponieważ przeważnie nie nadążam za tym co dzieje się w fabule. Zwyczajnie gubię się kto kogo odparował, a kto zrobił serię obrotów i przysiadów. Nie wiem w końcu czyje działo odpaliło, a czyja włócznia została złamana. W PLO wszystko jest szalenie szybkie, klarowne i krystalicznie przejrzyste. Nie miałam najmniejszego problemu z rozeznaniem się w wojennym zamieszaniu. Wszystko było logiczne, a każde posunięcie wynikało z jakby naturalnej kolejności. Od momentu, w którym Vuko postanawia wejść na Wieżę Szeptów heroizm i gra zespołowa zrobiły na mnie takie wrażenie, że czuję to aż do tej pory.

Semafor do wszystkich fortów wybrzeża: Gotuj się, nadchodzą! – zawołał Ulf. – Bęben do wszystkich murów: Gotuj się, nadchodzą! Domy zamykać, wszyscy z ulic! Wszystkie dzielnice: Kto nie na murze, kryj się! Wszystkie załogi na mury! Nadchodzą!

Żeby nie było tak perfekcyjnie były rzeczy, które mi się nie spodobały.
Pierwszą z nich jest finalne ulokowanie Filara na dosyć, powiedziałabym, niskim stanowisku. Ewidentnie przy Vuko stał się bohaterem drugoplanowym. Po tym co przeszedł, na co się naraził i jakim zdecydowaniem i odwagą kierował się ten dzieciak, zrobienie z niego bębniarza było zwyczajnie okropną niesprawiedliwością.
Drugi negatyw wędruje w stronę Nahel Ifriji. W pierwszym tomie pokazana została w sposób tak przerażający, że byłam pewna, że to ona rozgniecie vanDykena i to ona będzie prawdziwym przeciwnikiem dla Ogrodu. Tymczasem jej udział ograniczył się do latania na chmurce i wyrzuceniu kilku epitetów. Rozczarowanie.
Choć w ogromie powieści da się je przełknąć bez większych problemów.

Nie potrafię sobie wyobrazić jaką presję mógł czuć autor pisząc zakończenie. Tysiące umysłów wytężało się, żeby je przewidzieć. Dla mnie opcje były dwie. Vuko zostaje na Midgaardzie, bo przecież łączy go z nim nieporównywalnie więcej niż z rodzimą Ziemią. Druga opcja była taka, że widząc, że przegrywa wzywa statek i w ostatniej chwili ściąga vanDykena i Nahel Ifriję w miejsce, gdzie ich magia już nie zadziała, czyli poza planetę (Obie wersje zatrzymywały Fjollsfinna w miejscu. On już wrósł w Midgaard). Pan Grzędowicz wymyślił opcję trzecią, która jest pierwszą i drugą, a jednocześnie żadną z nich. Czyste szaleństwo.

Wytrzymajcie za wszelką cenę! Tylko trochę! Zaraz się skończy! Chroń Sylfanę, zamknij ją w wieży, jeśli będzie trzeba! Uciekaj, i pamiętajcie o mnie! Już! Wynocha! Wykonać!

Podsumowanie cyklu:

Żeby nie powielać tego, co pisałam w poszczególnych recenzjach napiszę tylko to, co najbardziej ujęło mnie w całym cyklu Pana Lodowego Ogrodu i co powinno sprawić, że i Wy po niego sięgniecie.

Po pierwsze są to przepiękne opisy planety ziemiopodobnej.
Napisane bez wysiłku, niemęczące wymyślnymi synonimami, na siłę, żeby przez całą stronę oglądać jedną rzecz. Właściwie wynikające z naturalnej obserwacji bohatera, przez co widzimy ten obcy świat z jego perspektywy.

Po drugie poczucie humoru.
Vuko został obdarzony przez autora niesamowitym humorem. Często ciętym i dokuczliwym, jeszcze częściej skierowanym ku sobie samemu. Wzbudzającym poza śmiechem niesamowitą sympatię.

Po trzecie heroizm.
Ujmuje tym, że nie zobaczymy w tych książkach herosów, bez wahania rzucających się w przepaść. Zobaczymy za to, a nawet poczujemy, z jak ogromnym strachem i z iloma słabościami muszą walczyć bohaterowie, żeby czegoś dokonać.

Po czwarte: przyjaźń.
To jest to, za co pokochałam całą serię.
Poznają się jako obcy ludzie. Mają wspólnego wroga, więc postanawiają połączyć siły. Z czasem uczą się sobie ufać, uznawać swoją odmienność. Przekomarzają się, dokuczają sobie, ale w efekcie są gotowi oddać za siebie życie. To motyw płynący w wielu wątkach przez całe cztery części. Pięknie rozbudowany, cudownie przeprowadzony. To on sprawia, że finał wzrusza do łez, a poszczególne epizody ściskają serce.

To powieści nie tylko dla fanów fantasy. Cykl: Pan Lodowego Ogrodu już wpisał się w kanon polskiej klasyki tego gatunku, według mnie jest dopracowany do perfekcji. Powinien po niego sięgnąć każdy fan dobrej, mocnej powieści. Bo, powiem w absolutnej tajemnicy, finalnie cała ta magia jest kwestią mocno dyskusyjną.

Moja ocena 10+/10

Wszystkie rzeczy mają swój kres
Noc nastaje po świetle poranka
Zniknie uśmiech i zniknie ślad łez
Zestarzeje się piękna kochanka
[…]
Tylko pieśń będzie trwać niczym cień
Tamtych dziejów, co dawno przebrzmiały
Wielkich bitew czy wielkich klęsk
Wiernych serc, które kiedyś kochały.

Lodowy Ogród „Saga o wojnie bogów”