„Pieśń o poranku”

„Miłość nie znika. Jest wszędzie gdzie spojrzysz, w każdym miejscu na Ziemi. Nie możesz od niej uciec. I wszędzie tam, gdzie jest miłość, jest Bóg. Nie ma go tylko tam gdzie nie ma miłości.”

Larissa Stark wiedzie idylliczne życie. Jest doskonałą panią w pięknym, pełnym przepychu domu, w małej miejscowości niedaleko Nowego Jorku. Ma wszystko czego potrzebuje, a nawet odrobinę więcej. Wspaniałą rodzinę, majątek, stabilizację, przyjaciół. Jej mąż jest chodzącym ideałem. Przystojny, mądry, usytuowany, zakochany w swojej żonie i uwielbiający dzieci. Troje dzieci, z których każde jest inteligentne i ambitne. Kilkoro przyjaciół. Wiernych, wyrozumiałych i oddanych. Sama Larissa jest kobietą piękną o szerokich horyzontach i bardzo światłym umyśle. Prowadzi dom pewną ręką, nie ma w nim miejsca na wpadki. Rutyna? Tak. Codziennie obsługując córkę, dwóch synów i męża trzeba sobie opracować rutynę, żeby odnaleźć porządek. Pobudka, śniadanie, wyprawienie Jareda do pracy, trójki dzieci do szkoły, spacer z psem, sprzątanie, zakupy, lunch z przyjaciółką, fryzjer, kosmetyczka, odebranie dzieci ze szkoły, rozwiezienie ich na zajęcia dodatkowe, powrót do domu, kolacja. Można wpaść w drażniącą rutynę. Ale czy słusznie? Kiedy nadchodzi rocznica ślubu dostaje nowy samochód i romantyczną kolację w Walentynki. W wakacje wyjeżdżają do letniego domu nad brzegiem jeziora, do Miami leżeć nad basenem. Jeśli chce pracuje, jeśli nie chce korzysta z luksusów swojego życia. Jeśli chce sprząta, jeśli nie wynajmuje kogoś, kto zrobi to za nią. Można poczuć monotonię, ale można ją sobie szybko urozmaicić.
Co więc się dzieje, kiedy Larissa wpada w markecie na dwadzieścia lat młodszego od siebie Kaia? Przystojnego, niepokornego i pięknie uśmiechniętego chłopca z Maui? Chłopca, który nie zna rutyny, który nie żyje w żadnym kieracie i patrzy na nią w taki niezwykły sposób i potrafi tak oszałamiająco czuć? Co się dzieje, kiedy Larissa ulega czemuś co wykracza poza przygotowywanie posiłków, dbanie o dom i jego mieszkańców? Co się dzieje, kiedy jej idealny świat nagle wywraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a ona z doskonałej żony i matki przeistacza się w prawdziwego demona kłamstwa?

„Świat był tutaj, gdzie zaginęło serce, oddane innemu człowiekowi. Czyż nie w tym świecie pragnęła żyć? Odnaleźć miłość i trzymać się jej obiema rękami. Miłość to wszystko, czego potrzebujesz.”

To pierwsza książka w której mam ochotę z własnej, nieprzymuszonej woli rozłożyć każdego bohatera na kawałki i go przestudiować. Postaram się nie spoilerować.
Larissa – ona najbardziej zmusza do refleksji. Czy mając wszystko można chcieć więcej? Okazuje się, że tak. Młody chłopak dał jej to, czego nie dawała jej codzienność. Iskrę, życie. Ale kolejne pytanie. Czy można zaryzykować „wszystko”, żeby poczuć że się żyje? Bardzo długo się nad tym zastanawiałam. Moje rozważania były czysto hipotetyczne i wynikały z głębokiej empatii. Zawsze postarać się zrozumieć, nie oceniać, nie krytykować przed czasem. Każdy przeżywa swoje emocje i trzeba je uszanować.
Abstrahując od bohaterów postarajmy sobie wyobrazić pewną sytuację. Doskonała żona. Doskonała matka. Prawie dwadzieścia lat nieskazitelnego związku. Codzienność zostaje zakłócona przez młodego motocyklistę, który wprowadza dreszczyk, uśmiech, kolory, nieład i namiętność o jakiej istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. A co najważniejsze zakochała się. I naprawdę jej życie zaczynało się i kończyło na Kaiu. Wszystko inne było tylko czymś pomiędzy. Larissa czuła, że kocha i czuła się kochana jak nigdy dotąd. To był etap na którym jej współczułam. Bo przecież serce nie słucha logiki, nie wie co należy a co nie. Serce ma nie ma rozumu tylko instynkt. Ale kiedy mija pewien czas, a serce się uspokaja mamy rozum, żeby podnająć słuszną decyzję. A ja nie szanuję decyzji Larissy. Czterdziestoletnia kobieta zachowująca się jak nieodpowiedzialna gówniara wzbudziła wiele negatywnych emocji. Rzucałam jej wiele epitetów i wszystkie były obraźliwe. Ostatecznie uznałam ją za postać żałosną, nie zasługującą na współczucie. Cieszyłam się, kiedy ułożyło jej się tak, a nie inaczej. Prawda jest taka, że życie każdemu narzuca jakiś rutyny. I można się z tym pogodzić, a można się sprzeciwić i być wolnym człowiekiem. Tyle że wolność nie jest synonimem szczęścia. A często jest z nim mylona.

Kai był wolny. Był wolny jak tylko wolnym być można i też się zakochał. I na koniec okazało się, że jego miłość też jest wolna. Nie mogę o nim pisać zbyt wiele, żeby nie zdradzać rozwoju wydarzeń, ale wbrew sobie i swoim przekonaniom usprawiedliwiam go.

Jared – mąż Larissy był jedynym normalnym elementem tej szalonej gry, a jego wada polegała na tym, że tak bardzo starał się zapewnić ukochanym „wszystko”. Przez to musiał się rozdrobnić na wiele kawałków, włożyć straszny wysiłek, żeby być czuły i troskliwy dla żony, żeby pobawić się z dziećmi i pojechać na wakacje. Czasami mu to nie wychodziło, ale czy przez to nie zasługuje na tym większy szacunek? Bo tak bardzo się starał? I według mnie on jest najbardziej tragiczną postacią.

„Mówimy, że zdrada tak naprawdę jest aktem buntu przeciwko posiadaniu. Zobowiązanie to wszystko, co jesteśmy winni drugiej osobie. To oddanie, przysięgi, składane obietnice. Buntujemy się więc. Nie lubimy, kiedy się nam mówi, co mamy robić. To jest nie tyle zdrada, ile asertywność.”

Paullina Simons jest jedyną autorką jaką poznałam, która tak sprawnie posługuje się emocjami. Nie pisze o faktach, wydarzeniach i miejscach. Przez sześćset osiemdziesiąt osiem stron pisze emocje. Emocje jako żywy, intensywny twór.
Istnieją dwa rodzaje książek. Jedne są fajnymi epizodami, które odkładam, recenzuje i sięgam po następne. Inne zakorzeniają się we mnie, ożywają i potrzebuję kilku dni, żeby je „przeżyć”, przetrawić, przeanalizować. Te zostają na zawsze i tak właśnie jest z panią Simons. Po raz kolejny po zakończeniu jej książki wiem, że będę miała zatruty umysł przez wiele dni. Będą mi się wyświetlały fragmenty, sceny jak żywe przebiegną przez umysł w najmniej oczekiwanych momentach. Rozłożę ją na najmniejsze kawałki i dopiero wtedy, kiedy wszystko pojmę, kiedy ze wszystkim się pogodzę odetchnę i sięgnę po kolejną opowieść.

„Larissa próbowała odtworzyć uczucie podziwu, które towarzyszyło im, kiedy wreszcie mieli tylko siebie i byli sami. Ale podziw to zabawna rzecz: szacunek połączony z obawą i zachwytem. Tylko jedno z tych słów można było odnieść do obecnego stanu,  w jakim znajdowała się Larissa. choć precyzyjniej byłoby go nazwać trwogą.”

Czułam dokładnie to samo co przy trylogii „Jeźdźca miedzianego” i przy „Dziewczynie na Times Square”. Cholerna Simons… Znowu bezlitośnie wyciorała mnie emocjonalnie i pozostawiła zmęczoną, przepełnioną nostalgią i żalem. Po „Jeźdźcu…” wzruszenia były gigantyczne, ale piękne, „Dziewczyna…” trochę mnie uspokoiła. Chociaż emocje szalały było lekko i przyjemnie. Natomiast po tej lekturze wiem, że gdybym wiedziała ile żółci mi wyleje, ile wściekłych łez wywoła nie sięgnęłabym po nią.
Nie lubię, nie szanuję i gardzę Larissą. Podjęła same złe decyzje i dostała za to odpowiednią karę. Karma przyszła do niej i odebrała jej to, co ona odebrała komuś innemu. Na początku swojej „przygody” powiedziała, że jedna nic nieważna chwila zrodziła wszystko. Bardzo wryły mi się w pamięć te słowa. Zwłaszcza „wszystko”. Na wszystko sobie zapracowała i na wszystko zasłużyła. Kto sieje watr zbiera burzę.

Co mi się strasznie nie podobało, to taka wada Simons, która pojawiła się też w „Ogrodzie Letnim”. Stwarza cudownego bohatera, każde nam go pokochać, a później ideał sięga bruku. Bardzo mi się to nie podoba. Kiedy dziewczyny pisały, że nie podobało im się zakończenie, mnie nie podobało się ze względu na Kaia. Mężczyzna, czy raczej chłopiec na widok którego usta same wyginały się w uśmiechu stał się potworem bez serca. Fakt, że wolny duch nigdy nie dał nam się poznać do końca, że żył chwilą i z chwili czerpał, ale nie był złą osobą. Nie był głupi, ani naiwny. Wiedział czego chce i właśnie to trzymało Larissę. A później bum i bańka pęka. I białe staje się czarne. Nigdy nie brałam pod uwagę słów „wiecznie” i „na zawsze”, przewidywałam taki koniec, ale zderzenie było zbyt silne i niesprawiedliwe w stosunku do bohatera. Tak się zwyczajnie nie robi… Autorka przesadziła. Poniosła ją wyobraźnia, straciła realizm.
Kilka fragmentów jest przegadanych i przeciągniętych. Ale to jest jej styl, więc biorąc się za Simons musimy być gotowi na długie strony monologów lirycznych. I nie są one nudne. Są nawet piękne i bardzo mądre, a nawet wstrząsające, bezlitosne i prawdziwe. Tyle, że po prostu za długie.

„Twoje serce jest obolałe, wspomnienia uleciały z duszy i czasami nadal sięgasz do jego serca, twoje palce wyciągają się, by przypomnieć sobie o czym śniłeś. Ale nie możesz. Sięgasz przez chwile po mgliste pół obrazy, a potem wstajesz, ubierasz się i zajmujesz codziennymi sprawami.”

Jestem rozdarta przy ocenie. Książka wywołała u mnie tyle negatywnych emocji, że mam ochotę powiedzieć: zła! Ale właśnie fakt, że wywoła ich aż tyle świadczy jak bardzo dobra była. Jak to bywa z Paulliną Simons nie boi się poruszać najcięższych tematów, nie boi się kontrowersji, brutalności ani zsyłania złego losu. Przykłada się bardzo do każdej strony, dba o każdą linijkę. Żaden bohater nie jest nijaki, żaden nie przechodzi bez swojego zadania przez stronice. Każde słowo, miejsce, postać, scena i wydarzenie mają jakieś odbicie w ciągu dalszym. To bardzo dobra książka, którą polecę jak polecam każdą książkę tej autorki. Jeśli nie boicie się obnażyć emocjonalnie sami przed sobą, sięgnąć wgłąb siebie, jeśli nie boicie się czuć pasji, furii i płakać z rozdzierającym bólem w sercu, poczuć się wstrząśniętym, to śmiało. Spodoba Wam się.

Moja ocena 9/10