„Pomnik cesarzowej Achai” tom I.

„Kieruj się własnym strachem! Idź do miejsc, których najbardziej się boisz. Skręć w stronę przerażenia, trwoga niech będzie twoim drogowskazem. Jeśli ludzie w panice zakrzykną: „Biada!”, wiedz, że to twoi ludzie.”

Czy można napisać książkę opartą na militariach i bitwach, która zainteresuje fankę romansów i dramatów? Można. Oto ona:

„Pomnik cesarzowej Achai” jest kontynuacją cyklu „Achaja”, opowiadającego o losach tytułowej cesarzowej.
Zaczęłam od złej strony (bo od tego „co było dalej”) i już wyjaśniam dlaczego.
W związku z rozpoczynającym się latem nabrałam ochoty na wielką przygodę. Dzikie ludy, nieznane krainy, królestwa, rycerze, fantastyczne istoty, wielkie bitwy i epicka odwaga. Magia, miotanie śmiertelnymi zaklęciami, mistrzowskie piruety z mieczem w roli głównej. Ujmując to zwięźlej miałam smaczek na dobre fantasy. Zerknęłam na regał i pierwszym, co rzuciło mi się w oczy był cykl Andrzeja Ziemiańskiego. Bez żadnego researchu zaczęłam czytać i taki jest tego efekt.

Czy „Pomnik cesarzowej Achai” mnie usatysfakcjonował czy zawiódł?
I to i to, ale na pewno zaskoczył.

Świat podzielony jest na dwie części Górami Bogów. Biegną dookoła globu po równiku i sięgają stratosfery, czyli na czasy opisywane w książce tak wysoko, że jeszcze nikt nie zdołał ich przebyć. Półkula południowa nie ma pojęcia co znajduje się na północnej i na odwrót.
Po jednej stronie mamy młodą czarownicę, która puszy się z dumy, ponieważ dostała swoją pierwszą poważną misję i młodą żołnierz zmierzającą na wyspę, na której odbędzie szkolenie do walki z potworami.
Po drugiej stronie jest ORP Dragon. Eksperymentalna, naszpikowana nowoczesnymi urządzeniami łódź podwodna polskiej marynarki wojennej próbuje opanować sytuację. Gigantyczny sztorm doprowadził do awarii urządzeń nawigacyjnych i łódź zmierza prosto ku stromym zboczom gór.
Przygoda na dobre rozkręca się momencie, w którym statek podwodny nieodkrytym do tej pory tunelem przedostaje się na drugą stronę gór i zaraz po wynurzeniu napotyka tubylców. Wśród „dzikusów” znajduje się nasza czarownica, która jako jedyna przedostaje się na wrogie monstrum, za jakie uważa obcy obiekt.

Wyobraźcie sobie moje niepomierne zdziwienie, kiedy od losów młodej , niesfornej czarownicy przeskakujemy do jak najbardziej realnej i totalnie niemagicznej marynarki wojennej Rzeczpospolitej. Górzyste tereny krainy, w której mieści się szkoła czarownic, misja Kai, determinacja Shen, opowieści o historycznej cesarzowej nijak się miały do wojennych poczynań ORP Dragon. Dopiero po kilku stronach zorientowałam się do czego zmierzmy i od tego momentu uczucie zawodu zniknęło bezpowrotnie.

„Jak trwoga w oczy zajrzy, wtedy broń należy ująć w dłonie. Odwieść oba kurki, zamknąć oczy, zacząć głośno piszczeć i oba cyngle pociągnąć. Nie bać się, że od tej pory nie usłyszy się już niczego. Nie bać się, że własne ręce wydają się jak połamane i bolą okropnie. Bandeloty porzucić i nie otwierając oczu, po omacku, we krwi drogi na zewnątrz szukać. Nie mdleć, choć smród będzie straszny!”

Powieść Andrzeja Ziemiańskiego opisuje jedną z najciekawszych konfrontacji z jakimi spotkałam się w literaturze. Starcie rzeczywistości z fikcją fantasy okazała się niecodziennym koktajlem. Karabiny maszynowe w przeciwko łukom i dzidom, antybiotyki współpracujące z ziołowymi naparami i misje zwiadowcze wspomagane magicznymi zdolnościami czarownic. Przede wszystkim zupełnie inna mentalność.

Z polskiej strony mamy typowe podejście do sytuacji. Kobieta, puch marny, na pokładzie przynosi pecha, poza tym trzeba się nią zaopiekować. Silny mężczyzna bierze pod skrzydła wątłą niewiastę.
W Arkach sytuacja wygląda nieco inaczej i tutaj smaczek mający zachęcić kobiety do śmiałego sięgnięcia po tę pozycję. Co powiecie na to, że armię tworzą kobiety, ponieważ mężczyźni nie nadają się do wojska, za to świetnie sprawdzają się jako… chłopaki do towarzystwa? No właśnie… To się porucznik Tomaszewski zdziwi!
Jak widzicie toki rozumowania zupełnie się rozmijały a najzabawniejszy było to, że wszyscy wychodzili ze skóry, chcąc się okazać wysoką kulturą i fachowym podejściem do nieoczekiwanej współpracy.

Książka posiada całą barwną paletę sytuacji i emocji. Sprytne i przebiegłe manewry wojskowe zakończone krwawymi bitwami, okrutne tortury, jakimi poddawani byli jeńcy, żargon wojskowy fantastycznie oddający klimat armii, żelazna dyscyplina żołnierzy obu stron, urzekające krajobrazy, przyjaźnie zawiązywane w koszarach, siła pozbawiona logiki w szeregach potworów, a nawet nieśmiały romans pomiędzy przedstawicielami obu kultur. Sporo groteskowych scen i zabawnych dialogów rozwiewało atmosferę ponurego okrucieństwa, a lekka forma zapisu, czyniła powieść przystępną dla każdego.

Świetnie skonstruowany wątek fabularny. Początkowo mamy trzy ścieżki, trzech głównych bohaterów i przez prawie siedemset stron obserwujemy jak te trzy drogi się do siebie zbliżają, żeby w końcu się połączyć.  Lekka przewidywalność jest, jak mi się wydaje, zabiegiem celowym, pozwalającym nam obstawiać możliwe zakończenia. Dzięki takiej opcji autor ma okazję do lepszego finału, niż jakby miał przyłożyć niekoniecznie trafionym pociskiem, rozwalającym cały dotychczasowy porządek.

Książka podobała mi się bardzo, była zupełnie innym rodzajem fantasy niż te, z którymi spotkałam się dotychczas i mimo że teraz sięgnę jak należy po pierwszą „Achaję”, nie mogę się doczekać aż powrócę do przerwanego cyklu.

Moja ocena 8/10

„Jeśli grają lepsi od ciebie i więksi, to być może nawet nie rozpoznasz reguł ich gry. Być może nawet nie dowiesz się choćby prostego faktu, czy w ogóle toczy się jakaś gra. Bo ona nie będzie się toczyć według zasad twojej logiki, ani zgodnie z twoim doświadczeniem. Gra prowadzona przez istoty wyższe jest zawsze dla nas niepojęta, a jej objawy odczytywane jako cuda. My nigdy nie poznamy reguł tej gry, ani choćby jak się szachruje. Ale zawsze możemy ukraść coś ze stołu.”

Zobacz też: cykl: Achaja