„Przesilenie” (t.4)

Do Bielin wtargnęła jesień, a z nią pierwsze przymrozki. Zbliża się przesilenie zimowe. Cały kraj tętni przygotowaniami do obchodów Dziadów. W mieście święto stało się czystą komercją, ale na wsiach szeptuchy i żercy mają pełne ręce roboty. Problem pojawia się jak zwykle w Bielinach, gdzie nowy żerca rozpłynął się bez śladu. Bez niego święto się nie odbędzie, więc czym prędzej trzeba wybrać nowego. Jedynym słusznym kandydatem wydaje się być uczeń Mszczuja – Mieszko.

Mieszko nie ma głowy do zajmowania się organizacją święta. Jego myśli zaprząta zupełnie coś innego. Remont domu, który kupił, angażuje dużo bardziej niż przypuszczał. Dodatkowo Gosia jest w ciąży i co najlepsze twierdzi, że z nim. Jakim niby cudem, skoro przez tysiąclecie nie udało mu się spłodzić ani jednego dziedzica?

Gosia czuje się fatalnie. Początek ciąży naprawdę daje jej w kość. Gdyby tego było mało bogowie coraz bardziej uzmysławiają jej swoją obecność, a Jaga skrywa na strychu mroczny sekret. Największą zagadką jest tożsamość jej ojca, który to może być kluczem do wszystkich dziwnych rzeczy, jakie się wokół niej dzieją. Możliwe, że mógłby jej pomóc ze Swarożycem, który lada chwila będzie egzekwował spłatę długu. Być może mógłby to zrobić również Mieszko, ale ten postanowił ze stanowczością dziesięciolatka wypierać się ojcostwa. Co biedna ma począć?

Czwarty tom Kwiatu paproci jest jednocześnie finałem przygód Gosławy Brzózki. Młoda pretendentka na szeptuchę powinna zdać celująco po wydarzeniach, jakie miały miejsce w trakcie trwania jej stażu. Czy tak się stanie? Czy starcie z większością istot ze słowiańskiego bestiariusza dało jej jakąś lekcję?

Jak się okazało niewielką, bo znowu wraca Gosia, która doprowadzała mnie do furii. Po tym jak uznałam w poprzedniej części, że dziewczyna trochę się ogarnęła Przesilenie funduje nam Gosię, której nie chce się uczyć, nie chce się eksperymentować, nie chce się myśleć. Sama przed sobą przyznaje, że ma kurzy móżdżek i potrafi tylko narzekać. Co więcej jej życie jest zagrożone, a ona mając w ręku broń, jaką jest wiedza i umiejętność nie robi NIC! W tym tomie dziewczyna przekroczyła już wszelkie granice nierozumności…

Drugim punktem, który koniecznie chcę omówić (i mieć za sobą) jest Mieszko. Pradawny władca Polan. Gruboskórny, nieprzystępny byczek, który lubił załatwiać sprawy szybko i konkretnie. Wycofany emocjonalnie, wzbudzający ogólny respekt i przyprawiający panny o barwne sny. W tej części jego głównym zadaniem jest parzenie herbaty i noszenie Gosi na rękach. Może i dobrze, bo pewnie zabiłaby się sypiąc cukier do kubeczka… Biegał przejęty, że nie zdąży przygotować Dziadów, gotował wodę i wyznawał miłość. Porównując go do postaci z poprzednich tomów można powiedzieć, że Mieszka nie było.

Co mi się więc podobało? WSZYSTKO poza wyżej wymienioną dwójką. Bogowie, którzy nakręcali ten młynek i Jarogniewa, jako jedyna ogarniająca sytuację. Fabuła wyrywająca mnie w świat bajek i legend, magiczne obchody Dziadów i niezmiennie wielkie bum w finale. Choć było przewidywalnie, to jednak dokładnie tak, jak sama bym to namalowała. Po prostu pięknie.

Od samego początku moim faworytem cyklu jest Baba Jaga. Charyzmatyczna i nieprzewidywalna szeptucha w przeciwieństwie do Gosi ma niefrasobliwe podejście, ale zawsze odnajduje wyjście z sytuacji. Tym razem na podium u jej boku staje nie kto inny jak Weles, bóg podziemi. To mroczna i fascynująca postać. Mówi niewiele i zagadkowo, a jego zastępy zmarłych wywołują ciarki. Ma spore pokłady niesamowitości, którą taka postać powinna mieć.
Świetnie skrojony antagonista w postaci Swarożyca. Jego niecne zamiary, podstępy i potwór, którego stworzył cieszą po raz kolejny i muszę przyznać, że trochę słabo, że bogowie wysłużyli się Gosią, żeby go powstrzymała.
Mokosz wygrała całe przedstawienie. Szalona bogini stercząca za Gosi oknem nieustannie wywoływała mój śmiech. Nawet upiornych wizji z jej udziałem nie potrafiłam wziąć na serio.
Specjalne brawa dla Dzikiego Łowu i atamana Martwieja Mazepy. Nie potrafię ubrać w słowa jak bardzo mi się to podobało 😉

Podsumowując:

Ostatni tom przypadnie do gustu miłośnikom lukrowych happy endów. Dla mnie było odrobinę zbyt słodko, a wizja wszechpotężnych bogów, radośnie biorących udział w ślubie głównych bohaterów, wydała się zupełnie niepasująca do ich osobowości, jakie tworzyła autorka przez cztery tomy.
Ni mniej chciałabym jednak uznać tę przygodę za bardzo udaną. Miała swoje stalowe strony i wielkie potknięcia, ale świat, jaki stworzyła Katarzyna Berenika Miszczuk, absolutnie mnie zaczarował i uwiódł. To dzięki niej pokochałam naszą słowiańską mitologię, nasze stare zwyczaje. Seria przybliżyła mi kulturę o której wiedziałam, jednak nigdy jej nie doceniałam. Była doskonała komedią z wątkami dramatycznymi i romansem. Przede mną historia mojej ulubionej bohaterki. Pokładam w niej wielkie nadzieje. Mam nadzieję, że będzie osłodą na zakończenie.

Moja ocena: 7/10

– Posłuchaj rady starej baby, co to niektórzy mówią, że jest mądra. Żyj tak, żeby nie żałować, ale nie dbaj tylko i wyłącznie o swój interes. Rodzina jest ważna i to nieprawda, że dobrze wygląda tylko na zdjęciu. Rodzina to jedyna rzecz, którą człowiek ma w życiu. Żadne pieniądze, domy, podróże nie dadzą ci tego co ludzie tej samej krwi. W innym wypadku skończysz jak ja. Sama.