„Reap” (t.2)

221 przestał być człowiekiem. Narkotyzowany i od ponad dwudziestu lat przetrzymywany przez gruzińską mafię staje się zabójcą doskonałym. Pozbawionym uczuć innych niż gniew i bezwzględnie posłuszny swojemu panu, wykonuje każde jego polecenie.
Talia Tolstoi od zawsze była buntowniczką. Jako jedyna córka lidera rosyjskiej mafii żyje jak księżniczka. Chce jednak od życia czegoś zupełnie innego. Wolności. Nie ma pojęcia co zrobić ze swoim życiem do momentu, kiedy poznaje zezwierzęconego, zupełnie dzikiego mężczyznę. I dostrzega w nim zranionego człowieka.

Książkę miałam przyjemność poznać dzięki Book Tour organizowanemu przez Literacki Świat Cyrysi.

Już na wstępie przyznam się do małej wpadki bardzo dla mnie typowej. Ponieważ zapisałam się na BT kierowana ciekawością, zupełnie przeoczyłam fakt, że książka jest drugim tomem cyklu. Ale fakt ten kompletnie nie ma wpływu na jakość czytania i za chwilę postaram się wyjaśnić dlaczego.

Początek powieści wręcz zniewala. Ni z tego ni z owego wskakujemy w ponury, mroczny świat mafii. Bez najmniejszego ostrzeżenia zagłębiamy się w umysły istot, dla których zabijanie jest jak haust świeżego powietrza, które ponad wszystko inne potrzebują wyładować nagromadzoną agresję. Nie oni są jednak najgorsi. Najgorsi są ludzie, którzy okrutnymi działaniami doprowadzają ich do tego stanu. Ludzie, którzy eksperymentują ze straszliwym serum, tworzą ze swoich niewolników maszyny do mordowania, torturują i czerpią z tego korzyści. Cole w fantastyczny sposób ukazuje ich logikę i bezwzględność, mrok i czyste zło.
Poznajemy Lukę – bohatera części poprzedniej, brata Talii. Mężczyznę, który wyzwolił się z gułagu, oczyścił z trucizny zmuszającej go do mordowania, pragnącego pomścić swojego jedynego przyjaciela. W ramach zadośćuczynienia chce uczynić to, co kiedyś zrobił dla niego Anri. Za wszelką cenę pragnie uratować jego brata znajdującego się w niewoli.
Talia pragnąc ponad wszystko odetchnąć od rodzinnego biznesu, jakim są walki w klatkach, wyjeżdża do rodzinnej rezydencji w Hampton. Chce zaczerpnąć powietrza, przez chwilę nie widzieć Kazamat, nie czuć zapachu krwi i nie słyszeć odgłosów walki. Pragnie być przez chwilę zwyczajną dziewczyną. Traf chce, że Luka szukając bezpiecznego azylu, po uwolnieniu brata Anriego udaje się dokładnie w to samo miejsce.
Sfrustrowana dziewczyna, znowu otoczona przez przemoc i nieokiełznanie mimowolnie zaczyna obserwować więźnia, którego imieniem jest numer wytatuowany na piersi. Jej obserwacja szybko przeradza się w fascynację, a fascynacja rodzi niepohamowaną ciekawość i współczucie.

Kiedy w mrok walk na śmierć i życie wdziera się w końcu światło i odrobina dobroci czytelnika zalewa ulga i wdzięczność. Dla 221 pojawia się minimalna szansa na powrót do życia. Ale również w tym momencie książka nieco podupada na jakości. Głównie chodzi o rzucające się w oczy nieścisłości i takie potknięcia jak to, że w domu, do którego Talia przyjeżdża od dziecka jest piwnica, do której nigdy nie zaglądała. Okazuje się, że jest ona pokojem tortur… Talia jest zdziwiona odkrywając coś, do czego jak się okazuje ma zupełnie swobodny dostęp. Kilka takich sytuacji ujawnia, że o ile autorka zbudowała solidny klimat na początku powieści, to później sytuacja wymyka jej się spod kontroli. Bo później zaczyna już chodzić głównie o relacje on-ona całą resztę odsuwając na daleki, daleki drugi plan.

Erotyka, czyli punkt obowiązkowy do omówienia, ponieważ właśnie tego gatunku jest to książka.
Otóż erotyka ma się identycznie jak cała reszta fabuły. Początek burzy krew i przyprawia o rumieńce. Autorka tak wiarygodnie odnosi się do sytuacji z męskiej perspektywy, że sprawdzałam, czy Tillie Cole nie jest piszącym pod pseudonimem mężczyzną. Bezpośredniość i jakaś taka pierwotna potrzeba bardzo urzeczywistnia sytuację człowieka będącego do tej pory marionetką w czyiś rękach. Jednak wszystko trwa do tego magicznego pierwszego razu. I nie chodzi o to, że napięcie siadło, ale o to, że wkradło się uczucie. Uczucie, które błyskawicznie rozwinęło się do takiej przesłodzonej formy, że pod koniec ciężko było wytrzymać bez mdłości.

Generalnie książka zasługuje na olbrzymi plus, ponieważ jest jednym z naprawdę niewielu erotyków, który ma w sobie rozbudowaną treść wychodzącą poza sceny łóżkowe. Jestem pod olbrzymim wrażeniem dosyć ryzykownej, bo typowo męskiej tematyki gangów, walk i grozy, ujętej w tak wspaniale kobiecy sposób. Niestety wątek, który rozpoczyna książkę i natychmiast elektryzuje czytelnika zostaje z biegiem fabuły coraz bardziej upychany na rzecz niekończących się ckliwości i wyznań.

Dlaczego nie traci się zbyt wiele rozpoczynając cykl od drugiej części? Bo wszystko jest bardzo klarowne. Pierwsza część jest przypomniana i ujawniona na tyle, żeby wiedzieć o co chodzi, ale nie zdradzić żadnych szczegółów. Oczywiście poznajemy jej finał, ale przyznać trzeba, że jest to tak przewidywalne, że nie ma potrzeby robić żadnych tajemnic. Czytając część drugą mamy pełny obraz tego, co było w pierwszej i tego, co będzie w trzeciej. Oczywiście nikogo nie zachęcam do tej pomylonej kolejności 😉

Chociaż książka ma sporo wad jakimi są luki fabularne i nieutrzymany klimat, to polecam ze względu na niezwykle oryginalną treść. Typowo męski świat brutalnych morderstw, tortur, krwi, brudu i porachunków mafijnych, ujęty w zadziwiająco fascynujący dla kobiet sposób. Wielka miłość wystawiona na śmiertelne niebezpieczeństwo, fizyczna fascynacja, przyjaźń i poświęcenie przeplatane ciągłym strachem. Z chęcią sięgnę po pierwszą część i dowiem się jak to wszystko się zaczęło.

Moja ocena 6/10

A tak bardzo, bardzo, bardzo na marginesie. Zupełnie poza recenzją. Czy tylko ja to widzę i czy tylko mnie nie pozwoliło to zachować powagi?
„Byłem ubrany w bluzę i spodnie dresowe, ale moją skórę pokrywała krew Jakhuy”

😐