„Czerwone liście”
K

ristina Kim jest młodą studentką Dartmouth. Z pozoru jej życie wydaje się jednym wielkim pasmem szczęścia i sukcesów. Otoczona wspaniałymi przyjaciółmi, mając u boku kochającego chłopaka, będąc gwiazdą drużyny koszykarskiej i wzorową uczennicą czegóż może chcieć więcej?
Detektyw O’Malley stara się zapomnieć o wielkiej tragedii, jaka zrujnowała mu życie. Ratunek znajduje w pracy do ostatniego tchu, a spokój i zapomnienie w drinku wypijanym przed snem. Jego codzienność jest raczej przykrą egzystencją, amokiem, aż do chwili, w której po raz pierwszy spotyka Kristinę. Widok dziewczyny stojącej boso na mrozie otwiera przed nim zupełnie nową rzeczywistość. Wdziera się i rozświetla mrok.

Jeśli pragniesz utonąć, nie torturuj się płytką wodą.

Wstęp nie brzmi jak kryminał, prawda? Nie brzmi, ponieważ będąc w klimacie powieści Paulliny Simons czułam potrzebę zawoalowania go. W jej twórczości nic nie jest takie jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, wszystko ma drugie dno i tym kierujmy się omawiając tę książkę.

Życie Kristiny utkane jest z tajemnic i pozorów. Wydaje się, że nie ma na świecie nikogo poza czwórką przyjaciół. Odnosi się wrażenie, że są dla niej wszystkim i ona jest dla nich kimś naprawdę cennym. Mieszkając w jednym akademiku widują się codziennie, wzajemnie dbają o siebie i przede wszystkim znają się od podszewki. Przecież nie mają przed sobą żadnych tajemnic. Dlaczego więc Kristina nie jest szczęśliwa?
Pewnego dnia spotyka się na kawie z przypadkowo poznanym detektywem wydziału policji. Przed obcym mężczyzną czuje się jak nigdy dotąd. Szczęśliwa, wyzwolona i spokojna. Dlaczego nie może się tak czuć przy swoich przyjaciołach? Czy jej przyjaciele w ogóle znają Kristinę Kim?

Scena, jakby się mogło wydawać, właściwa i kulminacyjna pojawia się dopiero grubo po setnej stronie. Detektyw O’Malley wykopuje spod śniegu nagie ciało pięknej dziewczyny, rozpoczynając tym samym fabułę opisaną w blurbie. Co więc zajęło autorce ponad sto stron?

Po przeczytaniu jedenastu z trzynastu wydanych w Polsce książek autorki, mogę śmiało wysunąć twierdzenie, że nie jest ona mistrzynią wstępów. Poza jedną pozycją (Jeźdźcem miedzianym), która wciągnęła mnie od pierwszego przeczytanego zdania we wszystkich pozostałych powtarza się pewien nużący schemat. Autorka zapoznaje nas ze swoim bohaterem, często, podobnie jak Stephen King, cofając się aż do lat jego wczesnego dzieciństwa. Zawsze poznajemy go od podszewki, jego wady, zalety i zwyczaje łącznie z genezą powstania problemu, a wszystko mamy ubrane w codzienność. Codzienność polegającą na jedzeniu śniadania, sprzątaniu pokoju, spacerze z psem, a nawet z mierzeniem nowo nabytych butów. Ciekawostka polega na tym, że w pewnej chwili odkrywamy, że nie jesteśmy się w stanie od tego oderwać. I na tym własnie polega fenomen Paulliny Simons.

Po „Czerwone liście” sięgnęłam z czystej ciekawości. Jako fanka pisarki powieści dla kobiet ciekawa byłam kryminału w jej wykonaniu. Czy ktoś, kto perfekcyjnie potrafi stworzyć klimat dramatu i romansu udźwignie zupełnie odmienne emocje, jakie wywołać powinien ten gatunek?

Otóż, moi drodzy, nawet jeśli prawdopodobnie nie potrafiła, poradziła sobie z zadaniem doskonale. Bo czemuż kryminał nie miałby polegać na dramatycznych zmaganiach psychiki? „Czerwone liście” rysują przed nami zupełnie inną, wykraczającą poza klasyczne ramy powieści o zbrodni i szukaniu sprawiedliwości, normę. Bo mam nadzieję, że takie dzieła spod pióra Simons staną się normą.

Owiana tajemnicą historia zamarzniętej dziewczyny od pierwszej chwili wzbudza dreszcz niebezpieczeństwa i odsłania wrogi klimat skutego mrozem północnego wschodu Stanów Zjednoczonych. Jest w tym pewna dawka klaustrofobii, bo zamykamy się w udręczonej psychice detektywa O’Malleya, który nadludzkim wysiłkiem zmusza się do doprowadzenia sprawy do końca. Emocjonalne zaangażowanie w sprawę utrudnia mu podejmowanie rozsądnych kroków, logiczną ocenę sytuacji i zupełnie blokuje obiektywizm.

Gorąco polecam, zwłaszcza paniom, które do tej pory stroniły od kryminału. Bo kryminał opowiadający o fałszu, dwulicowości ludzkich charakterów i zawiedzionych nadziejach niczym nie przypomina klasyki tego gatunku. To nie jest łatwa lektura, choć czyta się ją jednym tchem. Sprawia, że jest nam źle, jesteśmy zawiedzeni drugim człowiekiem i zupełnie rozstrojeni emocjonalnie. Śledztwo stanowi główny wątek, ale nie jest najważniejsze. To co dzieje się z grupą przyjaciół i miotającym się w mrocznych wspomnieniach detektywem sprawia, że sami zaczynamy się miotać. Zakończenie nie zaskakuje, raczej utwierdza. Po raz kolejny jestem pod ogromnym wrażeniem wyobraźni Paulliny Simons.

Moja ocena: 7/10

Hodujemy to, co zasadzimy. Zbieramy to, co posiejemy.