„Pokalane poczęcia”
H

istoria siedmiu kobiet, czy też może powinnam napisać par, bo w tym sporcie do tanga trzeba dwojga. Są od siebie zupełnie różne, nie łączy ich absolutnie nic poza jednym. Macierzyństwem. I ono jak sie okazuje też nie jest takie jednoznaczne, bo macierzyństwo w wykonaniu naszych bohaterów ma siedem różnych oblicz.

Świetnym wstępniakiem do książki jest rozdział pierwszy napisany z perspektywy ginekologa. To on przyjmuje nasze bohaterki na pierwszej wizycie stwierdzającej stan błogosławiony, bądź po raz kolejny jego brak. Jego podejście jest na wskroś profesjonalne, pacjentki go uwielbiają, jednak czytelnik poznaje nie tylko jego słowa, ale niestety również myśli. No cóż, doktor Ireneusz jest nie tylko świetnym fachowcem, ale również zbyt pewnym siebie cynikiem. Komiczne, ale z perspektywy potencjalnej pacjentki przerażające monologi myślowe oceniają każdą z pań i klasyfikują jako te które pan doktor by przeleciał bądź nie i te które z pewnością przeleci. To wszystko jest niby zabawne, ale w podświadomości pozostaje taki niuansik: przecież lekarz to też normalny facet, prawda? Co tu dużo mówić, odetchnęłam, że moją ciążę prowadzi kobieta 🙂

Przed zapoznaniem się z lekturą byłam świadoma różnych oblicz instynktu macierzyńskiego, ale to dopiero dzięki niej miałam okazję tak naprawdę przekonać się co takiego kieruje poszczególnymi wyborami. Ponieważ każdy rozdział był dla mnie niespodzianką nie będę sie wgłębiała w szczegóły, żeby i wam tej niespodzianki nie zepsuć, ale postaram się pobieżnie nakreślić ich charakter.

Myśląc o macierzyństwie idealnym widzę jeden utarty schemat. On i ona kochają się na tyle mocno, że postanawiają związać swoje życia na zawsze. Przez jakiś czas cieszą sie sobą na wzajem, realizują życiowe ambicje, korzystają ze wszystkich przywilejów młodych małżonków aż do czasu, kiedy decydują, że nadeszła pora na wydanie owocu tej miłości. Taki to bajkowy obrazek wykreowała moja wyobraźnia. „Pokalane poczęcia” mocno zweryfikowała ten scenariusz. Bo co zrobić, kiedy tylko jeden element tandemu czuje instynkt? Albo jeśli drugiego w ogóle nie ma i trzeba sobie poradzić w sposób niekonwencjonalny, wydając na świat dziecko z probówki? Najlepsza zabawa zaczyna się wtedy, kiedy potencjalny ojciec nie ma świadomości, że właśnie płodzi potomka, albo kiedy o płodności decyduje wola boska…

Takie to własnie perypetie w bardzo ogólnym rzucie targają naszymi bohaterami. Książka napisana bardzo profesjonalnym, choć luźnym stylem, często wywołuje śmiech na nieprawdopodobność sytuacji, w jakie jest się w stanie wpakować człowiek. Po przemyśleniu sobie wszystkiego doszłam jednak do wniosku, że w tych kilku krótkich opowiadaniach nie ma takich zagadnień, o których rzeczywiście nie słyszałabym już wcześniej. Kwestią kluczową jest decyzyjność. Wieczny dylemat obojga płci: czy jestem już gotowy/gotowa na ten krok? Czy ja i mój partner poradzimy sobie z taką odpowiedzialnością? Dlaczego jedna kobieta rodzi dziecko za dzieckiem, a mnie się wciąż nie udaje? Co powie otoczenie na to, że do zapłodnienia doszło bez udziału ojca dziecka? I czy w ogóle ktokolwiek ma prawo kwestionować moją własną, tak bardzo prywatną decyzję?

Spodziewałam się, że „Pokalane poczęcia” w którymś momencie mnie rozbawią, w innym wzruszą, bowiem to książka kameleon. Pod zasłoną groteskowo komicznych sytuacji realizm niejednokrotnie dotyka nas do żywego. Z pewnością każda kobieta kiedykolwiek rozmyślająca nad własną prokreacją znajdzie to odwzorowanie swoich obaw i nadziei.

Czy na moją ocenę wpłynął fakt, że czytając książkę obserwowałam swój brzuszek przybierający coraz to zabawniejsze kształty? Z pewnością tak. Dlatego jestem tym bardziej ciekawa Waszych opinii z różnych perspektyw i sytuacji życiowych.
Z perspektywy kobiety ciężarnej wydarzenia opisywane w tych opowiadaniach są bardzo bliskie, napawają współczuciem, złością bądź podziwem dla siły i wytrwałości. Tematyka często idealizowana w tak wielu bliźniaczych powieściach tutaj jest bardzo racjonalna i ugruntowana. Nie zmienia to jednak faktu, że w ostatnim rozdziale łezka się kręci! I to nie tylko z powodu powicia rumianego berbecia.

Cały garnitur naszego genetycznego wyposażenia podlega obróbce środowiska, które nas modeluje, kształtuje, zmienia i dzięki tym wpływom stajemy się unikatami, stajemy się sobą.

To bardzo specyficzna, pozornie niefrasobliwa i wyjątkowo życiowa książka, która niczego nie ubarwia ale też nie umniejsza żadnym emocjom. Sprawia, że możemy poznać siedem zupełnie różnych odcieni miłości rodzicielskiej.
Polecam!

Moja ocena 7/10