„Znalezione nie kradzione”

Książka o książkach i czytelnikach, a konkretnie o zaginionych rękopisach i psychopatycznym fanie.

John Rothstein, autor najpoczytniejszych kryminałów, zostaje zamordowany przez swojego fana, Morrisa. Nie podoba mu się jak pisarz potraktował bohatera swojej najpoczytniejszej serii Jimmy’ego Golda. Nie potrafi się pogodzić z nijakim odesłaniem fikcyjnego idola na półkę zwyczajności. Z sejfu Rothsteina zabiera wszystkie pieniądze i niewydane rękopisy dwóch ostatnich części bestselleru o Goldzie. Sprawcy udało się zbiec, a ponieważ jedynymi śladami, jakie zostawił są ciała dwóch współpracowników (czyt. potencjalnych świadków), nigdy nie zostaje odnaleziony.
Trzydzieści lat później, nastoletni Pete Sauberg odnajduje zakopany kufer. Odkrywa w nim całkiem pokaźną gotówkę i stosy zapisanych moleskinów. Pieniądze przydają się rodzinie w finansowym dołku, ponieważ ojciec Pete’a był jedną z nielicznych ofiar, które uszły z życiem z masakry pod City Center. Pete, jako pasjonat literatury, szybko orientuje się co zawierają notesy. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie nieprawdopodobny zbieg okoliczności, prowadzący go do sprafff… A nie, to nie ta część! Do sprawcy.

Kolejna część cyklu z udziałem detektywa Billa Hodgesa napisana jest w identycznym stylu, co „Pan Mercedes”. Pozostawia nas bez złudzeń. Od samego początku śledzimy wszystkie strony konfliktu, tyle, że tym razem są ich aż cztery. Jest Pete, chłopak, który niespodziewanie wszedł w posiadanie bezcennych notesów, jest Morris – morderca prawowitego właściciela notesów, Andy – antykwariusz, pragnący odkupić notesy i Bill Hodges. Bill, jak już wiemy, jest emerytowanym detektywem i on nie ma pojęcia, o co to całe zamieszanie z notesami.

Stephen King po raz kolejny wyciąga ze swojej wyobraźni psychicznie chorego mordercę, toczącego swoją prywatną krucjatę i nie posiadającego żadnych skrupułów. Tym razem jednak obsesja ma bardzo nietypowe podłoże. Żeby ją zrozumieć trzeba by było odpowiedzieć na pytanie: Jak gruba granica oddziela fana od fanatyka?

Dla czytelników jednym z najbardziej elektryzujących odkryć jest właśnie to, że są czytelnikami – że nie tylko potrafią czytać (co Morris już wiedział), ale że są w tym zakochani. Beznadziejnie. Bez reszty. Pierwszej książki, która to sprawi, nie zapomina się nigdy. Każda strona niesie nowe objawienie, nowy ogień i zachwyt

Książka opowiada o miłości do książki. Miłości chorej, obłąkańczej i niszczącej. Morris Bellamy nie może się pogodzić z losem, jaki autor zgotował jego ulubionej postaci literackiej. Książka mocno wpłynęła na jego młodzieńcze życie, odmieniła szarą codzienność i stała się zalążkiem do spojrzenia na własną dolę z innej perspektywy. To samo dzieje się trzydzieści lat później, kiedy młody Pete odnajduje skradzione rękopisy. Odmienia to życie nie tylko jego rodziny, ale i umacnia jego samego. Dzięki zapoznaniu się z pracami Rothsteina Pete odnajduje pasję w literaturze, jego pewność siebie i poczucie własnej wartości wzlatują wyżej niż kiedykolwiek.
W obu przypadkach początki są bliźniaczo podobne, ale to, co wynikło z owych obsesji tworzy dwie zupełnie inne ścieżki. Dwa odmienne światopoglądy i psychiki przeplatają się i wiążą ze sobą jednym motywem. Paranoicznym pragnieniem posiadania zakończenia historii.
Ciekawi mnie ile autorefleksji Kinga znalazło się we fragmencie mordowania bestselleryka.

Książka jest wyraźnie podzielona na dwie części. W pierwszej King daje upust swojemu gawędziarstwu. I chociaż jego wywody są (jak zawsze) bardzo celne, błyskotliwe i w gruncie rzeczy strasznie ciekawe, to jednak wolę, kiedy są przeplatane akcją wynikającą z postępu fabuły. Druga część gwarantuje jednak dawkę typowych dla autora niebanalnych zagrywek logicznych, podstępnych niespodzianek i niezłej dawki wstrząsającej rzeźni (ku własnemu przerażeniu, z książki na książkę, zaczynam wyczekiwać tych ociekających krwią momentów). Jeśli ktoś się zastanawia dlaczego jest to kontynuacja Pana Mercedesa, to od razu zaznaczam, że mimo iż historia jest zupełnie inna, w sposób bardzo lotny nawiązuje do wszystkich wydarzeń i każdego ze znanych nam bohaterów. I właśnie z tego względu to trylogia o najbardziej nieszablonowej formie, jaką kiedykolwiek czytałam. Elementy części pierwszej są jedynie fabularnym uzupełnieniem, podczas, kiedy fundament tworzą zupełnie inne zdarzenia.

– Dostałeś tam, gdzie boli chłopców?
– Tak. A teraz sza.

„Znalezione nie kradzione” oceniam jako słabsze od swojej poprzedniczki, ale pod żadnym pozorem nie nazywam go złym. Mimo że właściwie wszystko mi się w nim podobało proporcje były nie te, więc odbiór uległ lekkiemu pogorszeniu. Nadal jest to jednak rewelacyjnie skonstruowany kryminał, z pasjonującą analizą myśli i zachowań postaci. Każdy z bohaterów jest budowany. Ewoluuje od poziomu dziecka do momentu, w jakim rozgrywa się faktyczna fabuła. Na każdej stronie można dostrzec swobodę z jaką autor bawi się sytuacją, nagina zasady i nie ustaje w wysiłkach, żeby podnieść nam ciśnienie.
Końcówka – cudowna – nie pozostawia cienia wątpliwości. Wszystko wskazuje na to, że trzecia część będzie przynajmniej w jakimś stopniu powrotem do klasyki i źródeł twórczości. Zjawiska paranormalne znowu zetrą w pył granicę pomiędzy prawdą a fikcją.
Czy King wie co robi? Czy na sam koniec dobrze potraktuje Billa Hodgesa? Bo już go polubiliśmy i niebezpiecznym byłoby lekceważyć sympatię fana…

Moja ocena 7/10


tytuł oryginału Finders Keepers
data wydania czerwiec 2015
wydawnictwo Albatros
ISBN 978-83-7885-599-6
liczba stron 480
gatunek kryminał/thriller