„Requiem dla analogowego świata”

Kutno, rok 1997. Typowo miejskie blokowisko. Polonezy i fiaty 126p i ich kierowcy, nie muszący jeszcze w pocie czoła szukać miejsc parkingowych. Mieszkańcy śledzący czujnie swoich sąsiadów zza firanek, osiedlowy sklep ogólnospożywczy, staruszki siedzące na ławeczkach, wytrzepane dywany, nadal wietrzące się na trzepakach. Każdy się zna, zagadują się mijając. Narzekają na tę łobuzerską młodzież, która upija się tanimi winami i demoluje swoją okolicę. Na pobliskim boisku dzieciaki grające mecz o honor… A wśród nich czwórka naszych bohaterów.
Chudy, Berlin, Wojtala i Kuki rozpoczynają wakacje. Mają być takie same jak wszystkie poprzednie. Włóczenie się po dzielnicy, gra w piłkę, może jakiś wyjazd nad morze. Rzeczywistość okaże się być jednak nieco inna od wyobrażeń. Chłopcy nie mają pojęcia, że stoją u progu czegoś, co na zawsze odmieni ich życie.

Ponieważ lata 90. były dla mnie dokładnie tym samym, czym dla bohaterów, książka stała się dla mnie niejako wyzwaniem. Ja chciałam odnaleźć coś w niej, ale ciekawa byłam czy ona odnajdzie to samo we mnie.

Czwórka trzynastolatków staje w punkcie zwrotnym swojego życia. W chwili, w której ich poznajemy potrafią jeszcze spojrzeć na życie przez woalkę dziecięcej naiwności. Wakacje, to dla nich nic poza byciem razem i czerpaniem z każdej chwili. W imię dobrej zabawy potrafią przymknąć oko na samotność, rozbitą rodzinę, problemy alkoholowe bliskich, brak perspektyw na najbliższe tygodnie i bure otoczenie, w którym spędzają czas. W ich psychikach kumuluje się jednak już nowa energia, nadchodzi nowa siła, której nie będzie się dało cofnąć ani odwrócić. Która na zawsze zerwie z ich oczu różowe okulary.

Tym nowym prądem jest oczywiście dojrzewanie, które każdemu z nas dało nieźle popalić. Niektórzy znieśli je lepiej, inni nawet myślami nie chcą wracać do tego okresu, ale każdy niezmiennie odczuł zmianę, jaka nastała w jego życiu. Choć książka jest zadedykowana jako hołd dla artefaktów przeszłości, dla lat 90-tych, kiedy to małymi kroczkami wkradał się postęp zarówno technologiczny, jaki i myślowy, to jest to tylko ułamek tego, co dzieje się w fabule.

Więc tak, można uznać, że wyjazdy z rodzicami mają swoje dobre strony. Ale choćbym nie wiem ile zjadł ryb i obejrzał zachodów słońca, choćby palce mi odpadły od walenia w klawisze automatów w salonach gier i choćbym zebrał całe kieszenie muszelek, zawsze będąc tam, tęsknię za osiedlem i chłopakami. Nigdy na odwrót.

Myślę, że najważniejszym wątkiem „Requiem…” jest właśnie proces dojrzewania tych czterech chłopców. Niezwykle precyzyjnie ukazane zmiany w mentalności, otwarcie oczu na pewne oczywistości, które do tej pory pozostawały za mgłą. Zdziwienie, kiedy nagle coś innego zaczyna cieszyć, a to, co cieszyło wydaje się nudne. Pierwsze piwo, pierwszy poważny zatarg, pierwszy pocałunek. Mam wrażenie, że momentami, dla lepszego efektu, autor nieco przerysował to poczucie niespodziewanej dojrzałości, ale nic a nic mi to nie przeszkadzało, bo efekt uzyskał.

Przyjaźń zostaje wystawiona na próbę. Wtargnięcie doroślejszych problemów dezorientuje bohaterów. Jeden ma wszystko, a drugi tylko ojca alkoholika. Ten świecący przykładem jest nękany przez starszych chłopców i nagle dostaje broń do ręki. Marzenia zaczynają osiągać niewyobrażalne rozmiary, a możliwość ich spełnienia maleje prawie do zera. Wkrada się frustracja, poczucie niesprawiedliwości, osamotnienie i strach. Znacie to?

Książkę szczególnie polecam rocznikowi, który dojrzewanie ma już za sobą. Na tyle daleko, żeby spojrzeć za siebie i uczciwie ocenić ten czas. Byłam wręcz w szoku jak doskonale autor wczuł się w stan emocjonalny młodego chłopca. Lub jak doskonale go zapamiętał. Najbardziej poruszyło mnie to, że w opisanych kilku typach nastolatka odnalazłam elementy siebie. To było coś na kształt psychoterapii, nawet uświadomienia sobie pewnych emocji. Poczucie tej niepewności i dezorientacji towarzyszyło mi przez całą lekturę. Całkiem nieźle pamiętam lato 97., kiedy Polskę zalała powódź, a w mediach Kasia Nosowska nawoływała do odnalezienia nadziei. Chwilę później tragicznie zginęła księżna Diana. Byłam wtedy rok młodsza od bohaterów.

Podsumowując:

Spodziewałam się odnaleźć świat mojej wczesnej młodości. I rzeczywiście był tam. Choć w wydaniu mocno chłopięcym, to myślę, że rzeczywistość otaczała mnie dokładanie taka sama. Fabuła sięgnęła jednak dużo głębiej niż mogłam przypuszczać i funduje niezłą podróż wgłąb samego siebie. Szczerze polecam.

Moja ocena: 7/10

Maciej Orłoś zapowiada muzykę z Markiem Sierockim, a ja wkładam trampki i wychodzę z domu, myśląc o tym, że świat może być gorszy niż najbardziej brutalna z gier. On istnieje naprawdę.