słowik recenzja
słowik recenzja
„Słowik”

Vianne jest ustatkowaną żoną i matką, a Isabelle niepokorną nastolatką, którą wyrzucają z kolejnej szkoły. Kiedy do Francji wkracza armia niemiecka siostry nie potrafiąc dojść do porozumienia rozdzielają się. Isabelle dołącza do ruchu oporu i rozpoczyna śmiertelnie niebezpieczną misję. Vianne z kolei musi chronić swoje dzieci. Będąc świadkiem coraz bardziej przerażających scen w końcu sama wpada w okrutne ramiona wojny.
Dzieli je całe życie, a łączy jedno. Miłość mimo wszystko. Czy zdołają sobie to wyznać? Czy rozdzielone ze sobą i ze swoimi ukochanymi przetrwają, żeby móc się spotkać chociaż jeszcze jeden raz?

Literatury wojennej, zwłaszcza opisującej dramat II WŚ, jest tak wiele, że czasami zastanawiam się ile człowiek jest w stanie pochłonąć tego okrucieństwa. Nie obywa się również bez myśli „jakim sposobem to nadal może zadziwiać i przyciągać uwagę?”. Mimo to, kiedy tylko słyszę, że jakiś tytuł znowu namieszał w sercach czytelników, od razu wpisuję go na listę.


Nie ma rozmachu bez monotonii


Książka ma w sobie to, czego wymagam od dobrej powieści. Może zaskoczę Was tym stwierdzeniem, ale według mnie nie ma rozmachu bez monotonii. Tylko monotonia, proza dnia codziennego, jest nam w stanie dobrze przedstawić sylwetkę postaci i dramatyzm sytuacji. W czasie heroicznych wyczynów widzimy jedynie, że ktoś jest odważny lub nie. W mozole codzienności wychodzi za to cały wachlarz innych cech.
I właśnie mozołem dnia codziennego jest życie Vienne. Jak się okazuje jej dom jest na tyle duży i wygodny, że zakwaterował się w nim niemiecki oficer. Co ma zrobić kobieta z dzieckiem, kiedy jej mąż nie wraca z wojny, a u progu stoi wróg z walizką? Przyznam, że ten wątek był naprawdę dobry. Ogólnie sylwetka niemieckiego kapitana, który jest dumnym żołnierzem swojego kraju, a po czasie zupełnie obiektywnie zaczyna dostrzegać, do czego zmierza jego wódz, jest jedną z ciekawszych kreacji.


Słowik


Postać Słowika zainspirowana została belgijską bojowniczką Andrée de Jongh. Wciela się w nią Isabelle, która dołącza do ruchu oporu i organizuje przerzuty lotników RAF na teren Hiszpanii. I to również jest piękne, bo delikatna, skora do żartów dziewczyna pod wpływem wściekłości na okupanta i poczuciem krzywdy staje się żołnierzem nie gorszym, a nawet chwilami lepszym, niż ci umundurowani.
Wiąże się z nią piękna, romantyczna historia. Poznaje Geatona w czasie ucieczki z Paryża. Chłopak ratuje jej życie, po czym znika bez śladu. Samo wspomnienie rozpala w jej sercu płomień miłości.


Francuski mikroklimat


Cudowny, francuski klimat, jaki panuje w książce jest wynikiem nienachalności, z jaką autorka przedstawia rzeczywistość. Nie stara się wbijać jej w kanony piękna i romantyzmu. Pokazuje ją taką, jaka jest naprawdę. Czasami szarą, czasami surową, pokonaną, ale żyzną i oszałamiającą. Taki zabieg tworzy wokół tego kraju otoczkę niesamowitości, która jest mocno odczuwalna.


Podsumowując…


To niezwykła książka, napisana w pięknym kwiecistym języku. Nie każdemu odpowiada ten ułamek poezji w wojennej zawierusze, ale według mnie podkreśla on niewinność i bezbronność ludzi skazanych na cierpienie. Ponadto ma idealną konstrukcję fabularną. Cudowne wypełnienie naprzemiennie wzruszające i szokujące. Rzeczy dziejące się niespodziewanie. Dni rozpoczynające się jak każdy inny, a kończące w sposób, którego nie da się zapomnieć. Finał powieści również nie mógłby być lepszy. Na wojnie jedynym zwycięzcą jest zło. I tylko osoba nim przesiąknięta może czuć tryumf.

Przeczytana błyskawicznie, zapadła w sercu i dała do myślenia. W czasach, kiedy zło coraz częściej zaczyna pokazywać swoją przewagę jest doskonałą przestrogą przed jego konsekwencjami. A z przyczyn bardziej prozaicznych serdecznie polecam jako naprawdę rewelacyjną, trzymającą w napięciu i mocno poruszającą powieść.

Moja ocena 9/10

To nie boli, powtarzała w duchu, to tylko moje ciało. Nie mogą tknąć mojej duszy.