„Smaki życia” (t.2) – patronat ♥

Druga część powieści „Zaraz wracam”.

Jak pamiętamy z części poprzedniej Marta straciła męża i dwie córeczki. Okrutny zbieg wypadków odebrał jej całe szczęście. Wyemigrowała do Stanów i po dekadzie wróciła jako kobieta oziębła, typ buntowniczki, stającej na przekór wszelkim oznakom radości. Po wielu perypetiach odnalazła jednak spokój.
Ma Artura, który ponownie otworzył jej serce na doznania, ma cudną Blankę, która wypełnia je dziecięcą radością. Ma grono oddanych przyjaciół, rodzinę i nawet „teściową” jak się zowie. Wścibską i nadgorliwą. Kawiarnio-czytelnia prosperuje powyżej oczekiwań, zdrowe, piękne (choć nie zawsze kompletne) koty wiernie towarzyszą każdemu jej krokowi. Co może pójść nie tak?
Przez życie Marty przejdzie kolejna burza zwiastująca odmianę. Nieprzychylne jej, pogubione we własnych troskach osoby, spróbują pokrzyżować jej plan na szczęście. Czy uda jej się odkryć prawdziwy smak życia?

Ponieważ to mój patronat medialny bardziej niż w przypadku innych książek w swoim subiektywizmie będę się starała o neutralność.

Książki Anity Scharmach tworzą bardzo specyficzne kompozycje. Prostolinijność (ta pozytywna) i poczucie humoru malują ich główne tło. Prędko się jednak przekonacie, że to tylko pięknie nałożone maski dla efektu ostatecznego, jaki autorka mniej lub bardziej świadomie osiąga.

Biorąc jako przykład omawianą książkę bohaterowie są wyciosani z tak naturalnych surowców, bije w nich tak autentyczne serce i płynie najżywsza krew, że nie sposób wyrwać się hipnozie, jaka ogarnia już po kilku pierwszych stronach. Wrażeniu, że zaglądamy przez okno do czyjegoś świata. I w związku z tym dzieje się coś niesamowitego. To już trzecia książka tej autorki, którą czytam i druga główna bohaterka, z którą się identyfikuję. I nie dlatego, że jestem czterdziestolatką z lekką nadwagą, ale dlatego, że jestem kobietą. A Marta jest tak rasową, nieprzerysowaną i soczystą przedstawicielką naszej płci, ze wszystkimi jej wadami i zaletami, z całym poplątaniem i całą równowagą, że mogę zagwarantować, że każda z Was odnajdzie w niej kawałek siebie. Gdyby więc ostatecznie wszystko nie było przyozdobione tym lekkim żarcikiem, gdyby Marta nie wpadała z deszczu pod rynnę swoich niedomagań i kłopotliwych sytuacji, książka byłaby bardzo trudną przeprawą wgłąb samego siebie.

Czy nadaje się to dla mężczyzny? Każdy mężczyzna, który sięgnie po tę lekturę pozna żywych ludzi. Nikt tam nie jest idealny, co początkowo wydaje się dziwne. No bo jak to główna bohaterka nie jest piękna, super inteligentna, krystalicznie dobra, bądź diabolicznie zła? No jak to?! Tak to. Czysta prawda. (Może łegule wyłamuje się jedynie Lucy, któła w głuncie rzeczy jest bałdzo pełfekcyjna). Każdy mężczyzna, który zechce przeczytać dylogię „Zaraz wracam” i „Smaki życia” może się przyjrzeć temu, co zwykle jest przez Was okraszane wywracaniem oczami. Zwyczajnym ludzkim problemom i frustracjom, potrzebie czynienia i odczuwania dobra, samoakceptacji. To naprawdę jest ciekawe.

Czy miłość ma lata? Prawdziwa miłość nie zna różnic wieku, poglądów. Nic nie jest w stanie przeszkodzić prawdziwej miłości.

Czy odnalazłam w książce wady? Oczywiście, że tak. Wygrzebuje je prawie wszędzie – taka praca. Przede wszystkim książka wydaje mi się fabularnie mniej ciekawa niż jej poprzedniczka. Choć nadal autorka stosuje ten piękny zabieg, że ni z tego ni z owego ładuje prawdziwą bombę, to część pierwsza jest konkretniejsza w przekazie. Ponadto ta sama uwaga, co do „Zaraz wracam”. Za krótko, co daje efekt strasznego pędu wydarzeń. Ja bym chciała jeszcze ze sto stron tej książki. Chciałabym jeszcze bardziej rozgryzać Martę i zadziwiać się Irenką. Chciałabym bardziej drobiazgowego rozpracowania specyficznego pedantyzmu Artura.

Czy te wady w czymś tak naprawdę przeszkadzają? Zupełnie nie, piszę o nich, żeby się do czegokolwiek doczepić. Przy czytaniu powieści chodzi o to, co rodzi się w naszych sercach i umysłach. Czy przekaz trafił gdzie trzeba i układa się tak jak należy. Bo mnie trafił. Obuchem między oczy.
Kochane panie, każda z nas przechodzi przez tą fazę, nawet po kilka razy w ciągu życia. Kiedy nie kocha, nie akceptuje samej siebie. A ta książka własnie tego uczy. Panowie, może uda wam się zrozumieć, że my naprawdę nie zawsze wymyślamy sobie problemy. Niektóre rzeczy zakorzeniają się w nas tak bardzo, że zaczynają działać jak trucizna.

To niesamowicie sensualna książka. Będzie bawiła, będzie wzruszała, będzie opowiadała o zwyczajnej codzienności i ludziach, którzy stają przypadkiem na naszych drogach. Poznamy historię zła i dobra, zagubimy sie i odnajdziemy. Sama prawda otworzy nam oczy. Przeczytamy ją w błyskawicznym tempie, dopiero po chwili odkrywając to, że autorka gra nam na sercu jak na harfie, wydobywając te najpiękniejsze dźwięki.

Jestem bardzo ciekawa czy u Was efekt po lekturze będzie lub był podobny.

Moja ocena: dumne 8/10

– Niczego nie dosypują. Wszystko masz tu! – Dotknęła czubka mojej głowy. – Tutaj jest cały twój narkotyk. Musisz pokochać siebie, pokochać życie, poznać jego smaki…