„Spójrz mi w oczy, Audrey”

Audrey za sprawą okrutnych koleżanek przeżywa traumę, która zakuwa ją w niewidzialne kajdany. Boi się obcych, nie może wyjść za próg własnego domu i cały czas chodzi w okularach przeciwsłonecznych. Jedyną osobą, której może spojrzeć w oczy jest jej mały braciszek. Pewnego dnia pojawia się kolega starszego brata – Linus. Bez oporów próbuje nawiązać z nią kontakt. Czy taka niespodziewana, bezpośrednia relacja nie zrujnuje jej kruchej psychiki?

To ja, Audrey. Widzimy się po raz pierwszy. Pewno wyglądam inaczej, niż sobie mnie wyobrażałeś. Mam ciemniejsze albo jaśniejsze włosy czy coś w tym rodzaju… Mniejsza z tym. Cześć. Miło cię poznać.

Książkę przeczytałam w ramach Book Tour organizowanego przez Rozmaite Poczytania Gagatki.

Narratorką książki jest sama Audrey. Czternastolatka od wielu miesięcy boi się wyjść z domu. Znosi jedynie swoją najbliższą rodzinę i grupę terapeutyczną, pod warunkiem, że nie musi im patrzeć w oczy. Stąd ciągła obecność ciemnych okularów. Jest jednak na takim etapie leczenia, że swoje przejścia zalicza do przeszłości. Stara się myśleć o tym co będzie, nie co było i zaczyna robić pierwsze poważne kroki ku całkowitemu wyzdrowieniu. Linus, który przypadkiem trafia do jej azylu w zaciemnionym pokoju, nie do końca zdaje sobie sprawę jak powinien ją traktować. Postanawia nawiązać z dziewczyną dosyć oryginalną więź.

Czytałam już kilka książek psychologicznych i tej, mimo najlepszych chęci, za nic do tego grona włączyć nie mogę. „Spójrz mi w oczy, Audrey” to przezabawna, ciepła i wyjątkowo barwna historia, przeznaczona dla tej młodszej części młodzieży (około 14-letniej). Nie mniej bawiłam się przy niej doskonale i polecam każdemu „dorosłemu”, który ma ochotę się pośmiać i porządnie odprężyć. No bo nie oszukujmy się. To nie jest historia traumy, ale cudnie zakręconej rodziny, która bardzo stara się dojść sama ze sobą do ładu. Przewrażliwiona (delikatnie mówiąc) matka nieco histerycznie próbuje okiełznać nałóg swojego syna. Nałogiem owym jest gra komputerowa, która zabiera Frankowi cały wolny czas. Zapracowany ojciec z kolei bardzo stara się udawać, że rozumie o co w całym zamieszaniu chodzi. Audrey ramię w ramię z młodszym braciszkiem śledzi ten cyrk i opowiada nam o nim.
A opowiada w sposób przezabawny! Pierwszoosobowa narracja zbliża nas bezpośrednio do sedna akcji i umiejętnie angażuje w życie domowników. Życie pełne emocji i niespodziewanych wydarzeń (momentami przypominające najprzedniejszą komedię!). Jest wśród nich ukryte tak dużo zrozumienia, empatii i troski o siebie na wzajem, że kiedy Audrey zaczyna zdawać sobie z tego sprawę robi się naprawdę wzruszająco. Typowa rodzina, która pod fasadą obowiązków, braku czasu, codziennych napięć i stresujących sytuacji chowa wielką miłość do siebie.

Sophie Kinsella ma wspaniale lekkie pióro. Jej książki wciągają od pierwszej strony. Jakikolwiek wątek nie byłby poruszony są niezobowiązujące, niezmiennie doprowadzają do łez ze śmiechu, pozostając przy tym na poziomie błyskotliwej i oryginalnej lektury. Uwielbiam poczucie humoru tej autorki. W zależności do grupy, w którą celuje trafia idealnie z problematyką. I tym razem po mistrzowsku, z niewielką porcją przejaskrawienia, prezentuje nam typową relację rodzice-nastolatek i uroki pierwszej miłości. Osobiście mnie jako dorosłemu brakło wdrożenia w szczegóły wydarzeń, przez które Audrey musiała walczyć o wyzdrowienie. Nie ukrywam, że czekałam na nie do ostatniej chwili, aczkolwiek rozumiem, że nie one były tematem i celem książki.
Co da przeczytanie tej lektury nastolatkowi? Myślę, że może mu pokazać bardzo rzadką, a nawet poniżaną w obecnych czasach wrażliwość jako cechę pozytywną. To, że kolega obok nie jest przygnębiony, bo taki jego charakter, a zamknięta w sobie koleżanka nie zasługuje na poszturchiwania i śmiechy. Uczy wzajemnej troski i umiejętności rozmowy. Tego, że życie nie składa się z samych sukcesów i radzenia sobie porażkami. Uważam, że to doskonały prezent, który moja córka na pewno dostanie jak tylko podrośnie do odpowiedniego wieku.

Moja ocena: 7/10

[…] całe życie polega na tym, by wspinać się, a potem spadać i znowu się podnosić. I nieważne, że czasami jesteś w dołku. Liczy się to, żeby cały czas zmierzać mniej więcej do góry. Zawsze trzeba mieć nadzieję, że tak będzie. Mniej więcej do góry.