„Syrena i Pani Hancock”

Kupiec Johan Hancock już zbyt długo czeka na powrót jednego ze swoich statków. Wyprawił go za morze po nowe towary. Kiedy kapitan Jones w końcu pojawia się w jego domu, okazuje się, że nie ma towarów, pieniędzy ani nawet statku. Jest za to martwa syrena, którą kapitan wymienił za cały powierzony mu majątek. Początkowo Hancock nie ma pojęcia co z nią zrobić, jest zły na kapitana, obawia się utraty zaufania klientów, którzy zainwestowali w podróż. Szybko jednak zmysł kupiecki, dziedziczony od pokoleń, podpowiada mu właściwą drogę. Zaczyna ją wystawiać jako eksponat w jednym z podrzędnych barów. Magiczna szkarada szybko zyskuje spory rozgłos. Jest na ustach wszystkich warstw społecznych. Przychodzą ją oglądać zarówno szlachcice jak ich służba. Aż pewnego dnia przybytek odwiedza właścicielka największego w mieście domu uciech.
Pani Chappell, prawdziwa bizneswoman, szybko dostrzega możliwość zarobku. Postanawia wynająć syrenę od jej właściciela i urządzić z nią w roli głównej wytworny pokaz dla swoich najlepszych klientów. Hancock, który pod względem materialnym nadaje na tej samej linii ze znaną podżegaczką, zgadza się, wymieniając zawrotną kwotę. W końcu liczą się tylko pieniądze. Zmienia jednak zdanie, kiedy zaproszony na przyjęcie do przybytku pani Chappell, odkrywa skalę zepsucia jaka w nim panuje. I poznaję pewną kurtyzanę…

Kiedy tylko zobaczyłam jak nieskończenie pięknie wydana jest książka, a na jej okładce dostrzegłam rekomendację autorki mojej ukochanej „Kirke” recenzja, po prostu musiałam ją mieć. Przygotowałam się na pełną magii, uwodzicielską podróż po zakamarkach ludzkiej duszy. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy się okazało, że książka nie ma nic wspólnego z magią, a syrena stanowi jedynie element poboczny i równie dobrze może być morskim stworzeniem jeszcze nie znanym w XVIII wieku. Przyznam, że długo się zbierałam po tym zawodzie. Tak długo aż zastała mnie połowa książki.

Na niekorzyść pierwszej połowy wpływa w dużej mierze postać Angeliki Neal, ekskluzywnej kurtyzany, szukającej szczodrego sponsora, żeby móc spokojnie leżeć i pachnieć. Angelica jest niewyobrażalnie irytującą, pełną pychy i samouwielbienia postacią. Oczywiście znam celowość tego zabiegu, ale jej zachwyt nad własną pracą przyprawiał mnie o mdłości. Przyznam, że zastanawiałam się czy nie odłożyć książki, ponieważ oczekując powieści fantasy, dostałam szczegółowy opis dnia z życia prostytutki i całkiem intymne szczegóły jej obowiązków i wykonywanych czynności. Byłam po prostu wściekła, że chodzi o uwodzenie w formie obrzydliwie realnej. Na szczęście książki nie odłożyłam, dzięki czemu poznałam jej dalszy ciąg.

Dzień dziwki kończy się z chwilą, gdy zaczyna się dzień piekarza; wszystko na świecie ma swój czas.

Autorka stworzyła tętniący obraz XVIII-wiecznej Anglii z jej brukowanymi uliczkami naznaczonymi rynsztokami, zatrważającą biedą i niepojętym bogactwem. I być może porównywanie jej do Dickensa i Austen jest przesadą wywołującą uśmiech na twarzy, ale to kawał dobrej literatury, solidnie osadzonej w epoce. Usytuowani mężczyźni sięgający po kobiety upadłe i owe kobiety ukrywające swoją prawdziwą wartość, inteligencję i uczucia, żeby nie wylądować na ulicy. Biznes napędzający pieniądze, będące jedyną wartością w pozbawionym złudzeń świecie. Jest realnie i brutalnie. Aż w końcu następuje chwila, w której autorka wskakuje na linę zawieszoną nad ziemią i zaczyna swój taniec między prawdą a mitem, między realnym życiem, a legendą owianą wielką niewiadomą. I to jest naprawdę fascynujące.

Zaskakuję sama siebie, ale polecam serdecznie. Jeśli nie nastawicie się na bajkę, nie dostaniecie po nosie jedną z najbardziej niespodziewanych, realistycznych i jednocześnie magicznych książek tego roku. Jestem przekonana, że ciężko będzie znaleźć drugą, tak doskonale skomponowaną, mieszankę. Ostatnie rozdziały sprawiły, że czytałam przez kilka godzin nie potrafiąc się oderwać, a kiedy skończyłam od razu zatęskniłam za bohaterami.  To kolejny przykład tego, że czasami warto jest ocenić książkę po okładce.

Moja ocena: 7/10

Utrata nie jest pustką.
Utrata to obecność sama w sobie; utrata potrzebuje przestrzeni; utrata rodzi się tak samo jak wszystko, co żywe.