„Szept anioła”

Kobieta z miłości jest w stanie zrobić wiele, jeśli nie wszystko. Jednak granica pomiędzy miłością a obsesją jest bardzo cieniutka. Przekonała się o tym Alina. Kobieta w średnim wieku, która oddała mężowi całe serce, całą siebie, a w zamian otrzymała: nic. Kiedy odkrywa, że Marek ją zdradza zaczyna do niej docierać, że od dawna była dla niego jedynie niepotrzebnym meblem, o który się potykał. Wychodzi z założenia, że jej życie się skończyło. Jest już za stara na szczęście, za gruba, zbyt nijaka, zamknięta w sobie i brzydka. Dodatkowo praca, która nie przynosi jej żadnej satysfakcji, a jedynie męczy, wpływa jeszcze gorzej na nastrój. Nawet nie zauważa małego synka, którego świat się powoli sypie i który panicznie potrzebuje matki. A kiedy wydaje się, że już nie ma odwrotu z odsieczą przybywa tajemnicza kobieta, a wraz z nią książka, która odmieni życie Aliny…

Każda rozpoczynana książka ma u mnie czystą kartę. Setki razy zdarzało się, że te wielkie, rozdmuchane medialnie tytuły okazywały się nieporozumieniami, za to wśród takich cichutkich, niegrubych tomików odnajdywałam perełki. Podobnie podeszłam do „Szeptu anioła”. I muszę przyznać, że poczułam się bardzo mile zaskoczona.

Już od samego początku autorka działa na czytelnika bardzo sugestywnie. Alina do tego stopnia nie znosi swojej osoby, tak gardzi tym jak się zaniedbała wizualnie i mentalnie, że udzieliły mi się te jej emocje. Nie lubiłam jej tak jak ona nie lubiła siebie. Do tego w całym swoim nieszczęściu była ślepa i w pewien sposób egocentryczna. Zapatrzona w męża, uzależniając od niego każdy swój oddech, tak naprawdę koncentrowała się tylko na tym, co sama czuje. Nie obchodziło jej, że mąż jej nie chce, że dziecko cierpi. Za każdym razem kiedy ignorowała potrzeby swojego synka moje serce skręcało się ze złości i żalu.

Dosyć jednak o tym wątku, bo pomyślicie, że stanowił główne tło powieści, podczas, gdy był tylko kilkunastoma pierwszymi stronami. Alinę, w krytycznym momencie życia, odwiedza pewna kobieta. Podnosi na duchu, daje taki emocjonalny drogowskaz i znika. Alina ze zdziwieniem otwiera oczy, jakby robiła to po raz pierwszy w życiu, i widzi swoje życie dokładnie takim jakim sama go stworzyła. Bo w końcu odkrywa ten magiczny czynnik. To ona trzyma swoje życie w garści i mimo że czeka ją długa, trudna droga tylko ona może o niej decydować.

Powieść Katarzyny Sarnowskiej wyraźnie inspirowana książką „Rozmowy z aniołami” Gitty Mallasz tworzy swoisty obraz ludzkich sił i słabości, pokazanych na przykładzie życia głównej bohaterki. Poruszająca walka o własną godność i szczęście ujęta w lekkiej i całkiem przyjemnej lekturze robi bardzo pozytywne wrażenie. Pozornie książka nie różni się niczym od typowej powieści obyczajowej. Jest w niej zagubienie i odnajdywanie drogi. Jest szansa na nową miłość, romans, zawiązywanie przyjaźni i piękna więź pomiędzy matką i dzieckiem. Odkrywanie swojej wartości i siebie na nowo. A żeby nie było tak słodko znalazły się również chwile, w których zaciskałam zęby targana złością. Tak tak!
Jeden mankament nie pozwolił mi się w pełni cieszyć lekturą. Pojawianie się owej „tajemniczej kobiety” trochę rozbijało całość. Mądrości płynące z książki nad którą pracowała bohaterka zupełnie by wystarczyły, natomiast owo zjawisko kompletnie nie pasowało do charakteru książki.
Prostota fabuły (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu) skrywa jednak przesłanie, które ciężko pominąć. Opowieść o zakrętach, jakie pokonała Alina daje nam jasno do zrozumienia, że najprostszy wybór oznacza tylko krótkotrwałe szczęście. Książka jest niezwykle pozytywna, daje wiarę i podnosi na duchu. Pozwala z większym optymizmem spojrzeć na trudy życia, dostrzec swoją siłę i przede wszystkim różnorakie barwy jakimi malowany jest każdy dzień. To bardzo sensualna opowieść i dobrze jest odnaleźć w niej drugie dno.
Oczywiście – polecam 😉

Moja ocena: 7/10

Uśmiechnęła się szeroko i pomyślała, że na tym polega chyba szczęście – żeby mieć obok siebie kochanych ludzi i żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Reszta to już tylko dodatki.