„Szeptucha” (t.1)
A

wszystko przez to, że Mieszko I zdecydował się nie przyjąć chrztu…
Gosława Brzózka, zwana Gosią, po ukończeniu medyny wybiera się do świętokrzyskiej wsi Bieliny na obowiązkową praktykę u szeptuchy, wiejskiej znachorki. Problem polega na tym, że Gosia – kobieta nowoczesna, przyzwyczajona do życia w wielkim mieście – nie cierpi wsi, przyrody i panicznie boi się kleszczy. W dodatku nie wierzy w te wszystkie słowiańskie zabobony. Bogowie nie istnieją, koniec, kropka!
Pobyt w Bielinach wywróci jednak do góry nogami jej dotychczasowe życie. Na Gosię czeka bowiem miłość. Czy jednak Mieszko, najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego do tej pory widziała, naprawdę jest tym, za kogo go uważa? I co się stanie, gdy słowiańscy bogowie postanowią sprawić, by w nich uwierzyła?

To już trzecia książka, którą czytam w tym roku, bazująca na słowiańskich tradycjach i wierzeniach. Pierwszą była „Krew i stal”, później „Ostatnie życzenie”, a teraz pora na coś z zupełnie innej beczki!
Po cyklu o Wiktorii Biankowskiej w postaci diablicy, anielicy i potępionej Miszczuk zabiera nas w świat zupełnie pogański, gdzie zamiast Lucka i Gabrysia mamy Świętowita i Welesa. Nie są tak zabawni…

Jeśli ktoś lubi klimaty przedstawione w blurbie, książka nie musi być mistrzowsko rozpoczęta, żeby wciągnąć. Ciekawość paliła mnie tak bardzo, oryginalność fabuły tak zaintrygowała, że w zasadzie od pierwszej strony wstrzymałam oddech nie mogąc się doczekać obrazu Polski pogańskiej. Być może dlatego, że uwielbiam surrealistyczne, alternatywne rzeczywistości, a może to dzięki znajomości twórczości autorki wiedziałam, że szykuje się mieszanka wybuchowa!

Przede wszystkim brawa należą się za dokładne zapoznanie się ze słowiańską mitologią. Ja osobiście coś tam wiem na jej temat (imię Świętowita nie było mi obce), ale moja wiedza jest bardzo pobieżna. Dlatego też doceniłam jak klarownie są wszystkie informacje i wyjaśnienia odnośnie zwyczajów, bogów i upirów. Ze względu na tematykę książki nie były to też wiadomości przytłaczające i zalewające jak w książce z j. polskiego. Wszystko odbyło się z właściwym umiarem i zostało skąpane w odpowiedniej dawce mistycznego humoru.

Bo to własnie humoru nie można odmówić pani Miszczuk. Zwłaszcza względem głównej bohaterki. Gosława jest trochę ciamajdowatą hipochondryczką. Jako młoda lekarka, określając się mianem „człowiek nauki” stoi na tej samej pozycji co my. Nie wierzy w bogów i zabobony odprawiane w Jare Święto czy też Noc Kupały, mikstury i sposoby leczenia stosowane przez szeptuchę wywołują u niej jedynie drwinę, a bogów stawia na równi z postaciami bajkowymi. Ironia losu rzuca ją w sam środek wsi, pod dach jednej z najlepszych znachorek. Roczne praktyki zapiszą się w jej pamięci wyraźną linią. Nie wiadomo tylko czy będą to dobre wspomnienia, czy raczej potężna rysa.

Fabuła poza tym, że sama jej koncepcja wydaje się być już bardzo ciekawa, wciąga błyskawicznie. Momentami robi sie naprawdę mrocznie i groźnie, kiedy przychodzi nam przemierzać gęsty las i mokradła, gdzie czają się utopce i inne licha, a pułapki szykują sami bogowie. Chwilę później jednak sytuacja zupełnie sie odmienia i odpoczywamy w pogodny wiosenny dzień nad rześkim strumyczkiem, a Gosia panicznie stara się wybrnąć z kolejnego foux pas, jakie popełniła. Wpadamy ze skrajności w skrajność świetnie sie przy tym bawiąc. Zabawne i irytujące jednocześnie okazuje się to, że chyba każda z postaci zamieszana jest w raczej nieciekawą misję naszej bohaterki i tak właściwie nie wiadomo komu możemy zaufać.
Co mnie zawiodło to wątek romansu. Nie wciągnął mnie ani trochę, nie wywołał ani jednego rumieńca, a Mieszko o skrytym charakterze nie przyprawił o ani jeden dreszczyk. Zastanawiam się czy winy za to nie ponosi wartkość i zagadkowość głównego wątku fabularnego, co nasuwa kolejne stwierdzenia, że to chyba dobrze świadczy o książce, prawda?

Chciałabym napisać, że autorka udowodniła, ale autorka nie musi już niczego udowadniać. Po raz kolejny stworzyła absolutnie niebanalną, niepowtarzalną scenerię. Już sam fakt, że z naszego skromnego kraju stworzyła europejskie mocarstwo zasługuje na laur uznania 🙂 Doskonały research, świetne żonglowanie nabytą wiedzą i bardzo zgrabne nagięcie mitologi pod współczesność. Nawet po zatrzaśnięciu ostatniej strony słyszę jak Jaga cmoka swoimi złotymi licówkami i nie mogę sie wręcz doczekać kolejnej części! Mam nadzieję, że nie będziemy musieli długo na nią czekać…

Moja ocena: 7/10

– Czyli chcesz mi powiedzieć, że jesteś Dagome? Człowiekiem, który zjednoczył plemiona, wypowiedział wojnę Czechom, porwał Dobrawę, olał chrzest, a następnie podbijał i mordował kogo popadnie? – odparłam buńczucznie i wzięłam się pod boki.
– Z tego ostatniego, po wielu latach refleksji, nie jestem szczególnie dumny.