tatuazysta z auschwitz recenzja
tatuazysta z auschwitz recenzja
„Tatuażysta z Auschwitz”

Lale Eisenberg, dwudziestosześcioletni słowacki Żyd, trafia jednym z pierwszych transportów do obozu pracy w Auschwitz. Wtedy jeszcze nie ma pojęcia gdzie się znalazł. Nikt nie słyszał o takich miejscach. Instynkt jednak podpowiada mu, żeby zachować wszelką ostrożność i skrupulatnie wykonywać polecenia strażników. Kiedy tatuażysta wyznacza go na swojego asystenta Lele natychmiast się zgadza, widząc w tym wybawienie od katorżniczej pracy.

Heather Morris miała duże obawy przed spotkaniem z prawie dziewięćdziesięcioletnim Lale. Były w pełni uzasadnione, ponieważ jak sama mu przyznała, jej rodzina ma niemieckie korzenie. Jak się okazało mężczyzna nie miał nic przeciwko, bo „każdy skądś pochodzi”. Dla niego stres był nieporównywalnie większy, musiał rozdrapać stare, nigdy do końca niezagojone rany. Ich rozmowa trwała trzy lata.

Forma

Dokument spisany w formie opowiadania bardzo przypadł mi do gustu. Boję się podręczników do historii, które potrafią zemdlić nawet najciekawsze wydarzenia przeszłości.
Temat obozów zagłady już z założenia nie może być lekki i sięgając po taką lekturę musimy się uzbroić w silne nerwy i przygotować na olbrzymie dawki okrucieństwa. Tak niewyobrażalnego, że nawet po tysiącu takich lektur zdrowy na umyśle człowiek będzie się zastanawiał jak to możliwe, że to prawda. I nie inaczej jest w przypadku tej książki, chociaż autorka wyraźnie ograniczyła drastyczne sceny do absolutnego minimum. Dopiero po zakończeniu książki dowiedziałam się dlaczego tak się stało.

Koncepcja

Początkowo myślałam, że może to Lale, który bardzo przeżył powrót do przeszłości, nie był w stanie przekazać pewnych zdarzeń. Okazuje się jednak, że to autorka nie do końca wywiązała się ze swojej roli. Pełny artykuł możecie przeczytać po tym -> linkiem <-, ale chodziło mniej więcej o to, że, według jej tłumaczenia, skupiła się na historii Lale, a nie historii Holokaustu. Problem polega na tym, że historia Lale ściśle pokrywa się z Holokaustem. Jest to jednak kwestia interpretacji, którą zostawiam Wam do indywidualnej oceny.

Lale Eisenberg

Lale spędził w Auschwitz-Birkenau czas od kwietnia 42 roku, aż do wyzwolenia obozu w styczniu 45 roku. Był w tym czasie zarówno świadkiem hitlerowskiego bestialstwa jak i jego ofiarą. Jego przewodnim celem było przeżyć. Pomógł również przeżyć wielu innym osobom, ryzykując każdego dnia życie. Nawet po serii tortur, jakim był poddany nie wydał żadnego nazwiska. Pod groźbą śmierci w męczarniach nie zdradził osób, które pomogły mu przeżyć.
Lale spotyka w obozie miłość swojego życia i to głównie wokół tego tematu kręci się cała akcja. Gita od pierwszego wejrzenia trafia prosto do serca obozowego tatuażysty, Mężczyzna wymyśla dziesiątki sposobów, żeby pomóc ukochanej przetrwać horror. Jak ma to zrobić, kiedy sam ledwo zachowuje resztki nadziei?

Podsumowując

Wbrew temu, że przyrównanie książki do „Chłopca w pasiastej piżamie” jest olbrzymim nadużyciem, jest to dobra pozycja. „Tatuażystę z Auschwitz” wyróżnia wśród wojennej literatury stosunkowa delikatność. Z całym przekonaniem polecę książkę osobie wrażliwej, która być może boi się sięgać po tego typu lekturę ze względu na jej brutalność. Okrucieństwo występuje, bo nie da się opowiedzieć tego życiorysu pomijając je, ale jest maksymalnie ograniczone. Historia Lale zapada w serce, mocno porusza, a sama książka czyta się błyskawicznie. Niestety dla bardziej wymagającego czytelnika, miłośnika historii, konesera II WŚ okaże się jedynie niewykorzystanym potencjałem.
Historie ludobójstwa na taką skalę powinno się nagłaśniać i powielać we wszystkich możliwych mediach. Trzeba pamiętać. Trzeba mieć świadomość. I przestrogę do czego prowadzi nienawiść.

Moja ocena: 7/10

Raz jeszcze mijają bramę prowadzącą do Auschwitz, a Lale podnosi głowę i patrzy na widniejące na jej szczycie słowa: ARBEIT MACHT FREI. W duchu przeklina Boga, chociaż nie wie, czy jakiś go w ogóle słucha.