„Tully”

     Stany Zjednoczona, lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Tully Makker wywodząca się z rozbitej patologicznej rodziny panicznie stara się odnaleźć w świecie. Skrzywdzona przez najbliższych na każdym możliwym gruncie, nie ufa i nie potrafi się przywiązać do nikogo. Wychowana na ulicy Gajowej tuż przy torach kolejowych jest zamknięta w sobie, nieprzystępna i uważa, że nie zasługuje na nic innego niż to co ma. Kocha jedynie swoją najbliższą przyjaciółkę, Jennifer, której rodzice starają się jej ulżyć i która koniec końców porzuca ją w straszliwy sposób.
Strach i ból są codziennymi towarzyszami Tully. Bunt jest jej krzykiem, makijaż maską, opieszałość ochroną przed odrzuceniem.
Kiedy spotyka na swojej drodze starszego od siebie Robina nie ma oporów przed uwiedzeniem go i odebraniem innej kobiecie. Skrupuły są jej obce, wyrzuty sumienia nie istnieją. Na początku znajomości nawet nie podejrzewa, że zostaną ze sobą rok, później drugi i w końcu postanowią sformalizować swój związek. Tully jako młoda dziewczyna uśmiałaby się wyobrażając sobie siebie jako stateczną kobietę na stanowisku z przystojnym mężem u boku i dwójką dzieci w ramionach. Wybuchnęłaby pogardliwym śmiechem na spełnione marzenie z dzieciństwa – dom przy ulicy Teksas. Wedle jej poczucia niższości i mniemania na zawsze ma pozostać dziewczyną z Gajowej.
Po starcie w życie, które przynajmniej kilkakrotnie miało okazję zakończyć się dużo wcześniej niż powinno, Tully zostaje obsypana złotem i zalana miłością. Problem polega na tym, że dziewczyna ustawicznie walczy ze swoim szczęściem, niszczy miłość, a złoto wysypuje do kosza. Dzieciństwo bowiem nie chce opuścić jej zranionego, rozsypanego w drobny pył serca.
Czy Tully odnajdzie spokój? Czy dostanie go od Robina? Czy uwierzy, że nie jest niczyja i przestanie się uważać za wybryk natury, który nie powinien istnieć?

Mama ożywi twoje nocne koszmary.
Mama zaszczepi ci wszystkie swoje lęki.

Mam twarde postanowienie nie przepisywać blurbów z okładek Simons. Nie wiem kto i dlaczego tak ją krzywdzi, ale odradzam zerkanie na nie. Po pierwsze są fatalnie skonstruowane, po drugie zdradzają za dużo fabuły. Będę się starała (jak powyżej) samodzielnie przybliżać Wam zarys książki, nie zdradzając przy tym ważnych i szokujących w czasie czytania faktów.

Potrzebne jest nam postanowienie, że będziemy marzyć… albo marzenie, żeby coś postanowić.

Mogłabym pisać pieśni i sonety. Paullino, ach Paullino, cóż znowu mi czynisz? Starając się jednak o obiektywizm postaram się nie piać z zachwytu i opowiem również o tym, co mnie zawiodło. Chociaż może nie tak od początku 😉

Powieść Tully napisana została bardzo zgrabnie i mimo małej czcionki na dużej ilości stron czyta się ją błyskawicznie. Jest to jednak najbardziej poważne z dzieł Simons. Stronami przelewa się dramat i beznadzieja. Nie ma w nich wesołej paplaniny, beztroskiego okresu, który charakteryzuje postęp fabularny w schemacie dzieł autorki. Za każdym załomem czai się cień, w lekkim oddechu wyczuwamy nadchodzącą tragedię, najcięższym wyzwaniem okazuje się przeżycie kolejnego dnia, po którym znowu nastąpi dzień. Nie wiem czy był to efekt zamierzony, bo kwitnący romans z Jack’iem powinien mnie z teorii zachwycić, a wzbudził tylko większą czujność. Nie jest to jednak posępność przytłaczająca – jakby się mogło zdawać. Codzienność, w której Simons tak się lubuje, proza życia i wątki poboczne rozwiewają przykre uczucie. Właściwie do samego końca nie wiadomo, dokąd tak naprawdę Tully zmierza.

Książka ma fantastycznie wykreowane i „dopieszczone” postaci. Bohaterowie posiadają swoje indywidualne charaktery i ani razu nie występują przeciwko nim.
Tully jako outsiderka pogrążona w depresji izoluje się w taki sposób, żeby nikogo otwarcie nie odrzucić, ale trzymać na duży dystans. Jest doskonałą aktorką, potrafi być dobrą przyjaciółką i inteligentną rozmówczynią. Jeśli ktoś nie zna jej historii nie jest w stanie przejrzeć co się dzieje w jej głowie. Codziennie woła o pomoc, ale doskonale kamufluje, że nie potrzebuje niczego i nikogo. Jedynie mężczyźnie, któremu udało się do niej przebić przez gruby mur pokazuje jak bardzo jest skrzywdzona i wrażliwa. Młodość przeżywa szybko i intensywnie. W dorosłość wkracza przerażająco wcześnie. Radzi sobie jak potrafi i choć bywa okrutna zawsze osiąga cele.

Autorka (chyba) w sposób zamierzony dokonuje przedziwnej prezentacji dwójki bohaterów.
Pierwszym z nich jest Robin DeMarco. Zupełnie nie pozwala nam go poznać, ani przywiązać się do niego. Nie opowiada o nim, sceny z jego udziałem są krótkie i pobieżne, nie wiemy co lubi jadać, czy jest zabawny, czy interesuje go polityka, czy może woli ogrodnictwo. Poznajemy tylko absolutne minimum, żeby mógł zaistnieć. Praca pochłania go w stu procentach, dopuszcza się kilku zaniedbań, a jednak bezgraniczną miłością jaką obdarza bohaterkę powala na kolana. Miłością tak wielką, że jest jej w stanie wybaczyć każdy grzech i każde zlekceważenie swojej osoby. Byleby była. Byle mógł na nią codziennie patrzeć.
Pan numer dwa, Jack Pendel, jest przedstawiony w każdym szczególe zarówno fizycznie jak i psychicznie. Możemy o nim powiedzieć właściwie wszystko. Jest zabawny, czuły, zdolny do poświęceń (choć pierwsze wrażenie na to nie wskazuje), Tully potrafi się przed nim otworzyć, jej zmory znikają gdy są razem, jest przy nim szczęśliwa. Zupełne przeciwieństwo Robina. A jednak od samego początku nie zważając na wszystkie wspaniałości mam nadzieję, że w końcu zniknie.
W jakiś niewyjaśniony sposób osoba ukryta w cieniu wzbudza dużo głębsze emocje niż ta wystawiona na światło dzienne. Dziwne i fantastyczne zjawisko.

Mieszamy się w sprawy dzieci, wyrywamy ich z ich rodzinnych domów, podczas gdy one pragną tylko jednego – chcą być kochane przez matki i ojców.

Sztandarem, jaki nosi ta powieść, jest problem dzieci cierpiących z winy dorosłych. Teraz potrafi się o tym mówić głośno, prawo jest bardzo restrykcyjne, ale w okresie opisywanym w książce, pomimo głośnego krzyku dzieci nikt nie zwracał na to większej uwagi. Tully po raz pierwszy okazuje jakąkolwiek empatię angażując się w walkę z rodzicami krzywdzącymi swoje potomstwo. Wątek poboczny, ale pochłaniający i momentami wstrząsający.

Dzieci potrzebują wiele uczucia. Umierają w środku, jeśli nie są kochane. Ich serca jałowieją. A matka, której serce jest puste, nie może wychować zdolnego do miłości potomstwa, a jedynie takie, które przekaże własnym dzieciom martwe dusze.

Co mnie zirytowało w całokształcie to ten utarty schemat Simons. Silna kobieta, która potrafi przeciwstawić się wszystkim przeciwnościom losu i którą ten los traktuje wyjątkowo podle, oraz jej seksualne przywiązanie do mężczyzny. Za każdym razem, w każdej książce powtarza się ten sam szablon. Był w serii Jeźdźca miedzianego zarówno w związku z Tatianą jak i z Giną, był w Dziewczynie na Times Square, następuje raz za razem. Jest to napisane w taki sposób, że ciekawi nawet po raz enty, ale miałabym ochotę na odmianę w jej wykonaniu.

Pytanie do osób, które już zapoznały się z Tully:
Czy zauważyliście, że Tully jest antonimem Pieśni o poranku?
Nie chcę rozwijać tematu, bo wymagałby zdradzenia zakończenia, ale wedle mojej opinii podobieństwo decyzji jest rażące. Chociaż ostatecznie mnie to zaciekawiło, bo mogłam poznać obie perspektywy, to znowu świadczy o jednostajności Paulliny Simons. Nie to, żeby przestała być moją ukochaną autorką. To tylko taka luźna uwaga i dowód, że nie jestem ślepo zafascynowana.

W ostatnim punkcie chciałam omówić klimat powieści. Jest bardzo specyficzny, oddający realia i autentyzm. Paullina jest znana z dokładnej retrospekcji czasów i miejsca, w których toczą się jej historie. Gdybym ją spotkała podziękowałabym za piękną, obrazową wycieczkę do Waszyngtonu, którą zafundowała w Tully. Emocje, które odczuwają bohaterowie nie są wyssane z palca, są wiarygodne i odnoszą się wiernie do sytuacji i modelu zachowania danej postaci. I właśnie realizm i wiarygodność powodują, że czytelnik daje się porwać w wir złości, miłości, radości i smutku. Tutaj odczułam to wszystko odrobinę mniej niż przy poprzednich pozycjach. Nie sponiewierała mną do tego stopnia co poprzednie książki tego samego autorstwa. Ma to coś, co zapisuje się na zawsze w sercu i porusza jego struny nawet po dłuższym czasie, ale jeśli od razu po odłożeniu jakiejś książki jestem w stanie sięgnąć po następną, to uważam, że cokolwiek w niej było było tego za mało.

Pozycja warta polecenia. Historia bardzo piękna, poruszająca i momentami naprawdę bardzo szokująca. Erotyzm nie jest tak strasznie rozbuchany jak w innych pozycjach autorki, co daje większe pole do pochwalenia się znajomością psychiki i umiejętnością manewrowania bohaterem. Cudownie oddany klimat przeszłej epoki jak również nastrojowość amerykańskiej prowincji. Zobrazowana bezkresna preria, upalne lata i mroźne zimy przenoszą nas w inny świat. Skandale, romanse, zdrady i wybuchy prawdziwej, trwałej miłości. Wszystko co lubimy w Paullinie.

Moja ocena 7/10 (b. dobra)

autor Paullina Simons
tytuł oryginału Tully
wydawnictwo Świat Książki
data wydania 4 marca 2015 (wydanie II)
liczba stron 688