„Wąż z lasu cedrowego” (t.2)

„Wąż z lasu cedrowego”, to kontynuacja cyklu o orientaliście Gaborze Horthym.

Brytyjski multimilioner James Peabody podejmuje się wielkiego projektu. Budowane w Libanie Biblical ZOO ma zgromadzić wszystkie wymienione w Piśmie Świętym zwierzęta, oraz związane z nimi artefakty. Coś jednak idzie nie tak. Zebrani z całego świata najlepsi specjaliści zaczynają ginąć. Co więcej wszystko wygląda na przypadki. Okoliczności strasznych zdarzeń nie wzbudzają żadnych podejrzeń władz. Peabody jednak wie, że to nie przypadki. Podejrzewa, że nad ZOO może ciążyć klątwa, a odpowiada za nią tajemnicze zgromadzenie nazywające się Wielką Fenicją. Kiedy sprawa zupełnie wymyka się spod kontroli na miejsce zostaje wezwany najwybitniejszy europejski arabista – Andrea Rossi.

Andrea jest dokładnie taki sam, jak zapamiętaliśmy go z części poprzedniej. Mimo swojego geniuszu bardziej interesuje go uroda towarzyszących projektowi kobiet i zupełnie ignoruje możliwość rozwikłania zagadki, pochłaniającej coraz więcej ofiar. Wykonuje jednak jeden, bezcenny gest. Zawiadamia o sprawie swojego przyjaciela Horthy’ego. Gabora Horthy’ego.

Jak przewidział jeden z bohaterów „Denara dla Szczurołapa” ciężko będzie odpędzić ciemność, która zagnieździła się w Gaborze, po finalnych wydarzeniach tomu pierwszego. Nie mylił się. Mężczyzna nie jest się w stanie otrząsnąć z przeżytej traumy, a głos w jego głowie coraz pewniej kieruje go ku nieuniknionemu. Kiedy ciemność gęstnieje już tak bardzo, że zamazuje wszystkie inne obrazy, pojawia się wiadomość od Andrei.

Po pierwszej powieści autora, która zachwyciła mnie bezgranicznie, dosłownie odliczałam dni i minuty do sięgnięcia po drugi tom przygód Gabora. Węgierski orientalista, który nie unika pięknych kobiet i awantur stał się synonimem przygody, osadzonej w starożytnych legendach i antycznych artefaktach. Indiana Jones połączony z Robertem Langdonem w emocjonującym koktajlu klątw wśród arabskich nocy. Jeśli mam być szczera nadal jestem myślami przy śledztwie w sprawie Szczurołapa, na mrocznych uliczkach, w szalonym pędzie niebezpieczeństwa. Czy tom drugi doścignął ideał?

Jest to bardzo dobra część. Od pierwszej strony wpadamy w duszny i gwarny klimat Addis Abeby. Eksplozja zapachów i dźwięków miesza się z poczuciem, że coś jest nie tak, że coś się za moment wydarzy. I rzeczywiście nie trzeba długo czekać, żeby zobaczyć pierwszą, mrożącą krew w żyłach scenę.
Dosyć długo musimy za to czekać na pojawienie się głównego bohatera. Poznajemy jednak w międzyczasie nowych bohaterów i przyglądamy się niepokojącym i nadnaturalnym zjawiskom, które towarzyszą członkom ekipy tworzącej biblijne ZOO. Podobnie jak w tomie pierwszym nie odpoczywamy zbyt długo. Akcja ze strony na stronę nabiera rumieńców. Nie jest to jednak ten sam dreszcz emocji.

W całym tym tempie i gonitwie brakło miejsca na urealnienie, które było głównym atutem Denara. Nie potrafiłam się wczuć w te groźne sytuacje, ponieważ nie wczuły się w nią nawet osoby zagrożone. Dostaję tajemnicze pogróżki, moi współpracownicy giną straszną śmiercią, za każdym rogiem czai się morderca, ale nie przeszkadza mi to w spontanicznym wyskoczeniu do centrum na zakupy. Atakuje mnie nożownik, ale ponieważ nie jestem poważnie ranna mogę spokojnie spędzić resztę wieczoru. Działy się rzeczy straszne, a osoby nimi dotknięte poza pierwszym szokiem nieszczególnie wczuwały się w sytuację. Jakby nie do końca pojmowały zagrożenie.

Brakło również tego, co sprawiło, że zatapiałam się w świecie tak bardzo poza zasięgiem mojego. Słyszałam opisywane dźwięki i czułam zapachy. Orient nie przelewał się tak obficie pomiędzy kartkami, a rzeczy, które spotykały bohaterów nie dotykały tak bardzo. Przyczyna? Wydaje mi się, że książka była po prostu za krótka. W tym całym ogromie wydarzeń zabrakło miejsca na dokładne namalowanie tła.

Wszystko ma jednak swój cel. „Wąż z lasu cedrowego” był ewidentnym pomostem pomiędzy tym co działo się w części poprzedniej, a tym co dopiero ma nastąpić. Miała to być droga, którą Gabor po prostu musi przejść. Zadecydować w którą stronę będzie zmierzał. I to, co wydarzyło się już po finale sprawia, że moja wyobraźnia dosłownie oszalała.

Pisząc tak zupełnie na marginesie uwielbiam przyjaźń pomiędzy Andreą i Gaborem. Surową, męską i bezgraniczną.

Podsumowując:

Jak najbardziej zachęcam. Zresztą jeśli przeczytaliście Denara i łyknęliście bakcyla orientu, to drugiemu tomowi nie odmówicie. Tym razem główne skrzypce gra chrześcijaństwo, i choć nie ma petardy swojego poprzednika, nie przeszkadza to w niczym. Książkę czyta się ją jednym tchem, a okrutne zło, któremu przeciwstawiają się bohaterowie wywołuje bardzo realne ciarki na plecach. Fantastycznie opisana droga przemiany głównego bohatera jest absolutnym mistrzostwem, a cięty dowcip Benita zupełnie powalający. Otwiera się przed nami możliwość kontynuacji tak epickiej, jakiej jeszcze nie widzieliśmy.

Moja ocena: 7/10

To było jedynie przeczucie, ale zdawało jej się, że w tym półcieniu czaiło się coś złośliwie innego, czego najgorszym przejawem była nieprzewidywalność, bo nie było to podporządkowane ludzkim prawidłom.