„We dwoje”

 

 

Karolina jest szczęśliwą żoną, nauczycielką i córką. Ma wspaniałego, przystojnego i mądrego męża, troskliwych rodziców, piękne mieszkanie, uwielbia swój zawód i ma coraz szersze perspektywy na przyszłość. Jedyną skazą na doskonałym życiu jest problem z zajściem w ciążę, ale jako urodzona optymistka Karolina nie poddaje się łatwo i jest zupełnie pewna ostatecznego sukcesu.
Jeden dzień, jedna chwila daje jej największe szczęście i największą tragedię, jakie kiedykolwiek przeżyła i przeżyje. Następuje moment, który kolokwialnie nazywamy wywróceniem życia do góry nogami. Od tej chwili już nic nie będzie takie samo, a wrodzona pogoda ducha zostaje wypędzona za drzwi. Jej droga wykonuje diametralny zwrot, zakręt i wskakuje na inne tory. Osoby, które były blisko zostają odepchnięte, a na ich miejsce pojawiają się postaci zaskakujące, obce i kompletnie niepodobne do żadnego z dotychczasowych znajomych.
Czy Karolina poradzi sobie ze wszystkim? Czy będzie potrafiła cieszyć się poprzez ból i strach?

Moi drodzy, kompletnie nie wiem jak ugryźć recenzję książki, która wzbudziła we mnie masę sprzecznych emocji. Postaram się omówić ją krok po kroku i przedstawić moje odczucia dokładnie tak jak je przeżywałam czytając.

Po pierwsze w ramach cyklu „Nie oceniaj książki po okładce”, znowu muszę się przyczepić. Bzdura! Ani tytuł, ani grafika nie mają nic wspólnego z zawartością. Panie Grafiku, użyj Pan szczypty wyobraźni, bo okładki z mojego ulubionego wydawnictwa zaczynają wyglądać jak kopiuj-wklej.

Po drugie zawartość.
Kiedy zaczęłam czytać, nie miałam pojęcia o czym będzie ta powieść. Ponieważ kilkukrotnie natknęłam się w blurbach na paskudne spoilery, jeśli nie muszę, nie czytam ich.
Idąc w ciemno przez pierwsze strony nie czułam niczego poza zachwytem. Postaci przedstawione krótko i zwięźle, ale tak treściwie, że od razu można było stwierdzić kogo się darzy sympatią, kto jest typem pozytywnym, a kto będzie przysłowiową czarną owcą. Fabuła, zawiązana w sposób przepiękny, bardzo mnie zaangażowała w pozytywny, choć nie pozbawiony kłopotów i komplikacji, nurt życia Tyrolskich. Szczerze polubiłam tę pełną entuzjazmu i wzajemnej miłości parę. Wzruszające było to jak dobrze się znają i jak doskonale potrafią wykorzystać tę wiedzę o partnerze, żeby zrobić mu przyjemność. Klimat stopniowo się zagęszczał, wyraźnie wyczuwało się, że za chwilę do czegoś dojdzie i owe wydarzenie wywołało odpowiednią reakcję. Niezrozumienie, smutek i poczucie nieodwracalności.

Niestety, co by za dużo nie mówić, moment kulminacyjny następuje już w początkowych rozdziałach i dalej nie dzieje się nic, co mogłoby przyciągnąć pozytywną uwagę. A wręcz wszystko wprawia w konsternację. Odczułam to tak, jakby autorka skupiła całą swoja energię na napisaniu tej szczytowej sceny (której Wam nie mogę zdradzić) i nie wiedziała, co zrobić z całą resztą, albo też straciła motywację. Cały ciepły i powiedziałabym domowy, bo bardzo nam bliski, klimat siada, a w jego miejsce wkracza zupełna abstrakcja i lekki chaos.
Najpierw przyjaźń z nijakim Szymonem. Relacja podszyta sztucznie nieśmiałym zauroczeniem w tamtej chwili była według mnie wręcz obraźliwą profanacją, zburzyła dobry wizerunek Karoliny. Później ni z tego ni z owego nachalna i dręcząca dziewczynę teściowa wybiega na pierwszy plan. Jej wątek jest tak obszerny, że Grażyna staje się jedną z głównych bohaterek, a naiwność Karoliny w stosunku do niej jest bezbrzeżna. Sytuacje, które mają być romantyczne są zbyt tanie, żeby poruszyć, a Szymon, wzbudza sympatię, ale i współczucie, bo autorka robi z niego nieco bezwolną kukiełkę na usługach ciężarnych kobiet. Momenty wsparcia ze strony przyjaciółki i rodziców, które powinny wzruszyć są okropnie spłycone i skrócone do minimum. Wszystko poszło nie tak…

Mogłabym napisać, że jest to romans, na co wskazuje okładka, ale nie było romantyczności, więc gdzie tu romans. Mogłabym napisać, że to dramat, ale fabuła zapisana w tak lekkiej i nieco banalnej formie wyklucza wszelki dramatyzm. Bardzo starałam się wczuć w wydarzenia, ale to pozycja, w której emocje są tylko i wyłącznie słowami. Pozostaje mi określić ją, jako powieść obyczajową. Lekką, niezobowiązującą, niewymagającą zbyt wiele uwagi ani czasu. Miała być o wielkiej, nieśmiertelnej miłości, o sile, jaką się w sobie odkrywa, o granicach, jakie się przekracza, żeby móc pójść dalej. Wyszło nijako.

Jej pozytywną stroną jest sporo dobrego humoru, wprowadzonego przez jedną z drugoplanowych postaci. Niepoprawną, roztrzepaną i nieimającą się żadnych konwencji przyjaciółkę Karoliny, Martę. O niej mogłaby powstać osobna powieść i byłaby ona na stówkę niezłą komedią pomyłek.

Pomimo faktu iż początek zmierzał ku mocnej dziesiątce nie mogę postawić nic innego niż piątka. Szukałam lekkiej historii na wakacje, no i znalazłam. Zabrakło w niej magnetyzmu i uroku typowego dla polskich powieści. Zabrakło naturalizmu, bez którego wzniosłość była pompatyczna i najzwyczajniej sztuczna. Jak na razie wspominam ją miło, ale z doświadczenia wiem, że nie zapamiętam jej na długo, z czego wcale się nie cieszę, bo dawno nie czytałam książki o takim potencjale na wstępie.

Moja ocena 5/10


autor Katarzyna Woźniczka (debiut autorski)
wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 9 lipca 2015
ISBN 9788380690349
liczba stron 368
gatunek obyczajowy