„Wilk z Wall Street”

Satyryczna rekonstrukcja jednej z najbardziej zwariowanych karier w historii światowego biznesu

W latach 90-tych XX wieku Jordan Belfort był jednym z najbardziej znanych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Za dnia zarabiał tysiące dolarów na minutę. Nocą wydawał je równie błyskawicznie na narkotyki, seks i zagraniczne podróże. Prowadząc interesy na krawędzi prawa bądź je łamiąc, zwrócił na siebie uwagę amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, lecz nawet wtedy nie zrezygnował z hulaszczego trybu życia. W ten sposób rozpoczęła się emocjonująca gra w kotka i myszkę z FBI oraz instytucjami nadzorującymi nowojorską Wall Street.

Aż mi wstyd zaczynać tę recenzję…
Może najpierw opowiem o plusach. W filmowej adaptacji w postać Jordana Belforta wciela się Leonardo DiCaprio. Mogę zaręczyć, że film będzie z pewnością rewelacyjny. Plusem książki jest również niegasnący optymizm i poczucie humoru głównego bohatera. Nawet w sytuacji krytycznej nie tracił rezonu ironizując ze swojego położenia.

„Oto moja historia. Nie jest zbyt piękna. Wiodę najbardziej dysfunkcyjne życie, jakie tylko można wieść. Jestem udanym nieudacznikiem.”

Cytat pasuje idealnie. Jakie minusy?
Jejku! Same minusy!
Biorąc się za czytanie wyryłam sobie w pamięci, że to biografia. Satyryczna, ale biografia. Wydarzenia są opisane w zabawnym świetle, ale są prawdziwe. Zwyczajnie nie mogłam przebrnąć przez to co zaserwował nam pan Belfort. Były to te same sceny pojawiające się naprzemiennie. Zaliczanie panienek, ćpanie, urwany film, tłumaczenie się żonie, (którą oczywiście bardzo kocha), a później pójście do pracy. Tu było ciekawiej. Tutaj możemy poczuć moc legendarnego już Wilka z Wall Street. Jest wręcz fantastycznie przebiegły, ślizga się na granicy prawa, a kiedy je łamie nie pozostawia po tym żadnych śladów. I to mi się podobało, niestety do czasu. Ile można czytać o czyjejś doskonałości? Chociaż z drugiej strony rozumiem, że skoro to była jedyna rzecz w życiu w jakiej się sprawdził, chciał o tym mówić i mówić. Rozrywki takie jak prostytutki na parkingu w firmie, rzucanie karłem w nagrodę za dobrze sprzedane akcje, latanie helikopterem na maksymalnym haju i Księżna bez majtek trzymająca dziecko, to było to co zapamiętałam z tej książki. Nie potępiam, bo przynajmniej facet wie, co to znaczy „Żyć” przez duże „Ż”, ale znudziło mnie to bardzo szybko.

Drodzy Panie i Panowie, efekt był taki, że przemęczyłam trzysta stron, czyli jakąś 1/3 tej zacnej lektury i powiedziałam: NIE! Zwyczajnie odpuściłam. Może jeszcze do niej wrócę, bo nie nawykłam do takiego złego traktowania książek, ale po obejrzeniu filmu nie sądzę, żebym tego potrzebowała. Cieszę się jedynie z tego, że posmakowałam odrobinę szalonego tempa Wall Street i poznałam jakieś skrawki praw nim rządzących. Dla fana NY to było ciekawy kąsek :). Materiał nadaje się idealnie na produkcję filmową, a Leo sprawi, że pewnie polubię pana Belforta. Niestety nie będę marnowała tak cennego czasu na czytanie biografii człowieka, który (przepraszam za wyrażenie, bo zwykle staram się recenzje pisać na pewnym poziomie) urodził się dupkiem i był nim całe życie. Nie kupiłam pańskich wypocin, panie Belfort. Przykro mi.

Niestety nie ocenię książki, ponieważ jej nie dokończyłam, a gwiazdeczkowaniu podlega tylko całokształt.

wilk z wall street
Gdzie trzeba wysłać SMSa, żeby w końcu dostał tego Oscara?